Na polu chwały. Rozdział dziewiąty

Szaro jeszcze było na świecie, gdy ksiądz Woynowski człapał przez wysoki śnieg z latarką do swoich zajęcy, do gołębi i kuropatw, które w spichlerku w osobnej zagrodzie hodował. Oswojona liszka z dzwoneczkiem na szyi szła za nim w trop, a obok niej szpic łaciasty i jeż, którego w ciepłej księżej izbie nie zmorzył sen zimowy. Czwórka owa, przeszedłszy z wolna dziedziniec, zatrzymała się pod słomianym okapem spichlernym, z którego zwieszały się długie sople lodu. Tam zakołysała się latarka, zaskrzypiał klucz w kłódce, szczęknął skobel, zaskrzypiały jeszcze mocniej od klucza drzwi i staruszek wraz ze zwierzęty wszedł do środka. Po chwili, siadłszy na pieńku, postawił na drugim latarkę i wziąwszy przed się płócienną torbę z ziarnem i z pachnącymi piwnicą liśćmi kapusty, począł, ziewając głośno, miotać je przed siebie na polepę.

Ale zanim jeszcze do tego się zabrał, z ciemnych kątów komórki przykicały zaraz trzy zające, a potem zamigotały w świetle latarki na kształt błyszczących paciorków oczka gołębi i rdzawych kuropatw, które przysunęły się zbitym stadkiem, kołysząc główkami na giętkich szyjach. Gołębie, jako śmielsze, wnet zaczęły kuć dziobkami w polepę, kuropatwy zaś zbliżały się ostrożniej, spoglądając to na padające ziarno, to na księdza, to na liszkę, z którą opatrzyły się zresztą od dawna, bo schwytane jeszcze latem pisklętami i hodowane w domu od maleńkości, widywały ją codziennie.

Ksiądz zaś sypał wciąż ziarno i zarazem mruczał pacierz poranny:

– Pater noster, qui es in coelis, sanctificetur nomen (1)…

Tu przerwał i zwrócił się do liszki, która opierając się o niego bokiem, dygotała, jakby ją febra trzęsła…

– A zawsze skóra na tobie drży, skoro je ujrzysz… Co dzień to samo… Nauczże się przyrodzone żądze hamować, boć wikt masz zacny i głodu nie cierpisz. Na czymżem stanął?…

Tu przymknął oczy, jakby czekając na jakowąś odpowiedź, a że jej nie usłyszał, więc zaczął od początku:

– Pater noster, qui es in coelis, sanctificetur nomen tuum, adveniat regnum tuum (2)…

I znów przerwał.

– Wijesz się, wijesz – mówił kładąc rękę na grzbiecie liszki. – Taka już paskudna w tobie natura, że ci nie tylko jeść, ale i zabijać trzeba. Chwyć ją, Filuś, za kitę, a jeśli ci co niepolitycznego pod nos uczyni, to ją ugryź… Adveniat regnum tuum… O taka córko! Wiem, co byś odrzekła, że i człek libenter perdices manducat (3), ale to wiedz, że człek chociaż w post daje im spokój, a w tobie chyba sprośnego Lutra dusza siedzi, bo ty byś i w Wielki Piątek mięso żarła. Fiat voluntas tua (4)… Truś! Truś! Truś!… sicut in coelo (5) – naści jeden z drugim jeszcze po kaczanie!… et in terra (6)…

I tak mówiąc rzucał głąbiki, a następnie znów miotał ziarno, zrzędząc trochę i na gołębie, że choć wiosna jeszcze nie blisko, a one już coś nadto koło siebie zachodzą i depcą, i gruchają. Wreszcie gdy już torba wypróżniła się zupełnie, wstał, podniósł latarnię i zabierał się do wyjścia, gdy wtem na progu spichrza ukazał się Taczewski.

– A! Jacuś – zawołał ksiądz. – A ty tu co tak rano robisz?

Taczewski ucałował go w ramię i odrzekł:

– Do spowiedzi, dobrodzieju, przyjechałem, a w czasie rannej Mszy chciałbym do Stołu Pańskiego przystąpić.

– Do spowiedzi? Dobrze, ale cóż ci tak przypiliło? Gadaj no zaraz, bo to nie bez kozery!

– Powiem szczerze. Mam się dziś pojedynkować, a że z pięcioma mężami łatwiej o przygodę niż z jednym, więc chciałbym duszę oczyścić.

– Z pięcioma mężami? Rany Boskie! A tyś im co uczynił?

– Ot, właśnie, że im nic nie uczyniłem. Sami szukali zwady i sami mnie pozwali.

– Cóż to za jedni?

– Bukojemscy leśniczowie i Cyprianowicz z Jedlinki.

– To ja ich znam. Pójdźże na plebanię, powiesz mi, jako co było.

I wyszli. Ale na środku obejścia ksiądz Woynowski zatrzymał się nagle, spojrzał bystro w oczy Taczewskiego i rzekł:

– Słuchaj, Jacek, w tym jest mulier? (7)

A ów uśmiechnął się smutno.

– I jest, i nie ma – rzekł – bo w rzeczy o nią poszło, ale ona temu nie winna.

– Aha! Niewinna! Wszystkie one niewinne. A czy ty wiesz, co mówi Eklezjasta o niewiastach?

– Nie pamiętam, dobrodzieju.

– I ja nie pamiętam, ale czego sobie nie przypomnę, to ci w domu przeczytam. „Inveni – powiada – amariorem morte mulierem, quae laqueus – powiada – venatorum est et sagena cor eius” (8). I coś tam dalej powiada, ale w końcu mówi: „qui placet Deo, effugiet illam, qui autem peccator est, capietur – powiada – ab illa” (9). Ostrzegałem cię nie raz i nie dziesięć razy, żebyś w tym domu nie przesiadywał – a teraz masz.

– Oj! Łatwiej ostrzegać, niźli tam nie bywać – odpowiedział z westchnieniem Taczewski.

– Nic cię tam dobrego nie spotka.

– Pewnie – odrzekł cicho młody rycerz.

I szli ku plebanii w milczeniu, a ksiądz z twarzą stroskaną, bo kochał Jacka z całej duszy. Gdy po śmierci ojca, któren umarł z zarazy, młodzieńczyk pozostał sam na świecie, bez bliskich krewnych, bez mienia, na kilku chłopach w Wyrąbkach, staruszek otoczył go tkliwą opieką. Majątku dać mu nie mógł, bo mając duszę anielską, rozdawał biednym wszystko, co mu uboga parafia przynosiła, ale jednakże skrycie mu pomagał, a przy tym pilnował go, uczył – i to nie tylko na książce, ale i sztuki rycerskiej. Był to bowiem swego czasu zawołany żołnierz, jeden z przyjaciół i kommilitonów sławnego Wołodyjowskiego, i czarniecczyk, który całą wojnę szwedzką odbył i dopiero po jej ukończeniu przywdział, wskutek pewnej okropnej przygody, suknię kapłańską. Pokochawszy Jacka cenił w nim nie tylko potomka znamienitego rycerskiego rodu, ale i duszę szlachetną i smutną, taką jak była jego własna. Więc bolał i nad jego niezmiernym ubóstwem, i nad jego nieszczęsną miłością, z powodu której młodzian, zamiast szukać sławy i chleba na szerokim świecie, marniał w zapadłym wyczółku prowadząc na wpół chłopskie życie. Stąd czuł pewną niechęć dla całego domu w Bełczączce, mając i to za złe panu Gedeonowi Pągowskiemu, że był dla kmieciów przyostry.

On zaś miłował owych „robaków ziemnych” jak źrenicę oka, ale prócz nich kochał także wszystko, co żyje na świecie: i te zwierzęta, na które zrzędził, i ptaki, i ryby, a nawet i żabi naród, który rechocze i kumka latem w przygrzanych słońcem wodach.

Jednakże w tej kapłańskiej sukni chodził nie tylko anioł, ale i dawny żołnierz, więc gdy teraz dowiedział się, iż Jacek ma się z pięciu mężami potykać, myślał już tylko o tym, jak się też młodzian popisze i czy wyjdzie ze sprawy bez szwanku.

Zatrzymał się przeto jeszcze przy samych drzwiach plebanii i rzekł:

– Ale się przecie nie dasz? Bo, com sam umiał i co mi Wołodyjowski pokazał, tegom ci nie ukrywał.

– Nie chciałbym, by mnie na śmierć usiekli – odpowiedział skromnie Taczewski – bo idzie wielka wojna z Turczynem.

Na to zaświeciły jak gwiazdy oczy staruszka, w jednej chwili chwycił Jacka za pętlicę od kubraka i począł pytać:

– Pochwalone imię Pańskie! Skąd wiesz? Kto ci mówił?

– Pan starosta Grothus – odpowiedział młodzieniec.

Długo trwała rozmowa Jacka z księdzem, długo spowiedź przede Mszą, a gdy wreszcie znaleźli się obaj po Mszy na plebanii i zasiedli do piwnej polewki, staruszkowi wciąż jeszcze nie schodziła z myśli wojna z pogany i począł z tego powodu narzekać na zepsucie obyczajów i na upadek pobożności w Rzeczypospolitej.

– Mój Boże – mówił – toćże to pole chwały i zbawienia otwarte… a wy wolicie prywatnych spraw dochodzić i wzajem się szczerbić. Mogąc krew przelać w obronie krzyża i wiary, gotowiście bratnią przelewać. I dla kogo? Dla czego? Dla uraz prywatnych albo dla niewiast i tym podobnych marności światowych. Wiem ci ja, że w Rzeczypospolitej stary to nałóg – i mea culpa (10), bom za czasów grzesznej i płochej młodości sam mu podlegał. Na leżach zimowych, gdy wojska jeno próżniactwem i pijaństwem zajęte, nie masz dnia bez pojedynków, ale przecie i Kościół je karci, i prawo ich broni. Grzech też to jest zawsze, a przed wojną turecką grzech tym większy, bo tam każda szabla potrzebna i każda wierze prawdziwej i prawdziwemu Bogu służy. Dlatego to król nasz, któren jest defensor fidei (11), nienawidzi pojedynków, a wobec nieprzyjaciół, w polu, gdy prawo wojenne sprawuje, to i surowo za nie karze.

– Król też w młodości niejeden i nie dwa odbył pojedynki – odpowiedział Taczewski. – Wreszcie, cóż robić, ojcze wielebny? Nie ja przecie pozwałem, ale mnie pozwano. Zali mogę nie stanąć?!

– Prawda, nie możesz! I dlatego też smuci się dusza moja. Ha! Bóg będzie przy niewinności.

Taczewski począł się z nim żegnać, bo do południa nie było więcej jak dwie godziny, a drogę miał przed sobą znaczną.

– Czekajże – ozwał się ksiądz Woynowski. – Tak cię przecie nie puszczę. Każę czeladnikowi sanie z drabkami wymościć słomą i pojechać ku bojowisku. Bo jeśli u Pągowskiego nic o pojedynku nie wiedzą, to i pomocy nie poślą, a jakoż będzie, jeśli który z tamtych albo i ty ciężką ranę poniesiesz? Pomyślałeś o tym?

– Nie pomyślałem, a pewnie tamci też nie pomyślą.

– A widzisz! Pojadę też i sam, ale na placu nie będę, jeno się w Wyrąbkach u ciebie zatrzymam. Wiatyk i chłopca z dzwonkiem też wezmę, bo kto wie, co się może zdarzyć. Nie przystoi, nie przystoi duchownemu być świadkiem takich rzeczy, ale gdyby nie to, to chętnie bym tam był, choćby dlatego, żeby i tobie ducha dodać.

A Taczewski spojrzał na niego swymi słodkimi jak u dziewczyny oczyma.

– Bóg zapłać – rzekł – ale ja ducha nie tracę, bo choćby przyszło nałożyć głową, to…

– Milczałbyś lepiej – przerwał ksiądz. – A nie żal by ci to było na Turka nie iść i sławniejszą śmiercią nie ginąć?

– Prawda, dobrodzieju, postaram się też, aby mnie te ludojady od razu nie połknęły.

Lecz ksiądz Woynowski zamyślił się przez chwilę, po czym rzekł:

– Ale gdybym tak pojechał na miejsce i przedstawił im, jaka nagroda może ich spotkać w niebie, jeśli z pogańskiej ręki zginą, może by cię zaniechali?

– Niechże Bóg broni! – zawołał żywo Jacek. – Myśleliby, że z mojej namowy. Niechże Bóg broni! Lepiej mi zaraz jechać, niż takich rzeczy słuchać.

– Ha! To nie ma co! Jedziem! – rzekł ksiądz.

I zawoławszy czeladnika, wydał mu rozkaz, by zakładano co ducha do sani, po czym obaj z Taczewskim wyszli z plebanii, aby osobiście pomagać w zaprzęganiu.

Lecz na podwórzu staruszek na widok konia, na którym pan Jacek przyjechał, aż cofnął się ze zdumienia i zawołał:

– W imię Ojca i Syna, a tyś skąd wziął takiego chmyza.

I rzeczywiście pod płotem stała z nisko zwieszonym i obrośniętym na szczękach łbem poszerszeniała szkapina, niewiele większa od rosłej kozy.

– Od chłopa pożyczyłem – odpowiedział Taczewski. – Ot, jakbym na wyprawę turecką jechał…

I począł się śmiać z bolesnym przymusem.

A na to ksiądz:

– Mniejsza, na jakim pojedziesz, byleś na tureckim wrócił, co daj ci Boże, Jacuś, ale tymczasem przełóż kulbakę na mego podjezdka, bo tak się nie można tamtej szlachcie prezentować.

Po czym przygładzili jeszcze, co potrzeba, i ruszyli: ksiądz, chłopak kościelny z dzwonkiem i woźnica na saniach, a Taczewski konno. Dzień był chmurny i nieco mglisty, albowiem na świecie uczyniła się odwilż. Śnieg leżał na zmarzniętej ziemi, ale z wierzchu zmiękł znacznie, tak że kopyta końskie pogrążały się w nim bez odgłosu, a płozy cicho sunęły po równej drodze. Zaraz za Jedlnią spotkali kilkanaście fur z drzewem, a przy nich chłopów idących pieszo, którzy klękali na odgłos dzwonka, mniemając, że ksiądz jedzie gdzieś z Panem Bogiem do konającego. Potem zaczęły się przedleśne pola przysłonięte mgłą, puste, białe, nad którymi przeciągały stada wron. W miarę jak zbliżali się ku lasom, mgła gęstniała coraz bardziej, toczyła się dołem, napełniała przestrzeń i szła ku górze, tak że po pewnym czasie słyszeli nad sobą krakanie, ale nie mogli dojrzeć ptactwa. Przydrożne krze wyglądały jak duchy. Świat stracił zwykłą rzeczywistość i zmienił się w jakąś krainę niepewną, obłędną, z zatartym, majaczącym pobliżem i zupełnie niewiadomą dalą.

cdn.

Henryk Sienkiewicz

(1) (Łac.) Ojcze nasz, któryś jest w niebie, święć się Imię.

(2) (Łac.) Ojcze nasz, któryś jest w niebie, święć się Imię Twoje, przyjdź królestwo Twoje.

(3) (Łac.) kuropatwy chętnie zjada.

(4) (Łac.) bądź wola Twoja.

(5) (Łac.) jako w niebie.

(6) (Łac.) tak i na ziemi.

(7) (Łac.) kobieta; niewiasta.

(8) (Łac.) „I poznałem, iż bardziej gorzka niźli śmierć jest niewiasta, która jest sidłem łowców, a serce jej niewodem, ręce jej są pętami” (Ekle 7, 27).

(9) (Łac.) „Kto się Bogu podoba, wymknie się jej, ale kto jest grzeszny, będzie od niej pojmany” (Ekle 7, 27).

(10) (Łac.) moja wina.

(11) (Łac.) obrońca wiary.

Powyższy tekst jest fragmentem książki Henryka Sienkiewicz Na polu chwały.