Monsignore Robert Hugh Benson (1871–1914), cz. 2

A teraz przychodzi zadanie ocenienia go jako człowieka. Benson był tak wszechstronny, że trudno zdecydować, od czego zacząć, być może jednak prościej będzie położyć szczególny akcent na ten aspekt jego życia, dzięki któremu udało mu się dotrzeć do największej liczby osób. Człowiek może się charakteryzować wielką elokwencją i może być w stanie pociągnąć za sobą tłumy, ale siła słowa mówionego ma ograniczony zasięg, chociaż niewątpliwie jest większa w swej bezpośredniej skuteczności. Głos ludzki nie może wykroczyć poza pewien zasięg określony pojemnością budynków. Nie wytrzymuje przedłużającego się zbyt długo napięcia, a chociaż jego natychmiastowa skuteczność jest czasami zdumiewająca, jednak, co się tyczy możliwości szerzenia i dotarcia do ludzi wszystkich stanów oraz kondycji społecznej, nie da się porównać ze słowem pisanym. Zacznijmy zatem od Bensona jako człowieka literatury i powiedzmy coś o licznych książkach, które wyszły spod jego stale aktywnego pióra.

Pierwsza rzecz, która uderza, to jego zdumiewająca płodność. Zaczął pisać książki na około dziesięć lat przed śmiercią, ale zanim jego rękę zatrzymała śmierć, napisał ich sporo, z czego większość to powieści o znacznej objętości, z który wiele wymagało studiów nad literaturą. Napisał na przykład pół tuzina powieści historycznych, przy których musiał odbyć sporo poważnych studiów. Istotnie, on sam dał nam wgląd w swoje benedyktyńskie trudy, kiedy pisał pierwszą powieść historyczną, By What Authority?, ponieważ w Wyznaniach konwertyty znajdujemy następujące odniesienie: „Pracowałem codziennie osiem do dziesięciu godzin, albo pisząc, albo czytając i opatrując komentarzami każdą historyczną książkę i broszurę, która wpadła mi w ręce. Znajdowałem fragmenty w czasopismach, pojedyncze zdania w niektórych esejach i wszystko to w jakiś sposób włączałem do materiału, z którego powstawała moja książka”.

Tak samo było z powieściami historycznymi, które pisał później. Jeśli ktokolwiek wyobraża sobie, że powieści te są wynikiem pulsowania błyskotliwej wyobraźni, niech zwróci się na przykład ku przedmowie do Come Rack! Come Rope! (wydana w 1912 roku), a zostanie pozbawiony złudzeń. Autor stwierdza, że niemal cała książka to trzeźwe fakty historyczne i potwierdza swoją wdzięczność wobec „sterty jakichś dwudziestu czy trzydziestu książek”, które znajdowały się na jego stole, kiedy pisał.

Wydawałoby się zatem, że był benedyktyńskim pisarzem, chociaż jego książki sprawiają wrażenie, że pisanie przychodziło mu zupełnie naturalnie i że pisał je na pełnych obrotach, robiąc ledwie chwilę przerwy na refleksję. Większość czytelników jego książek byłaby prawdopodobnie zdania, że szczególne uzdolnienia Bensona jako pisarza objawiały się najlepiej w dziełach czysto beletrystycznych. Kiedy były przykute do określonych faktów z historii, jego zdolności imaginacyjne nie osiągały pełnego zakresu, ale używał sobie w analizie postaci i za szczyt jego umiejętności uważano twory jego żywej wyobraźni. Z tego powodu, jeśli szukalibyśmy jakiegokolwiek ujawnienia siebie w jego pismach, to właśnie do tych książek musimy się zwrócić, a znajdziemy w nich sporą ilość materiału. Mamy świadectwo Arthura Bensona, potwierdzające, że książki jego brata „wszystkie są projekcjami jego własnej osobowości na bohaterów. On stoi za nimi wszystkimi, a pisanie dla Hugh było jak wiele rzeczy, które robił, grą, w którą grał ze wszystkich swych sił” (1). Jestem gotów zgodzić się zupełnie z tym stwierdzeniem, chociaż muszę przyznać, że nie podzielam jego podziwu dla Światła niewidzialnego (2). W opowieściach tych nie ma autentycznego brzmienia. Wydają się raczej jak twory kogoś szukającego czegoś po omacku, a jednak niewiedzącego dokładnie, co pragnie wyrazić, i dlatego, w konsekwencji, są niesatysfakcjonujące. Wyjaśnienie tego podane jest w Wyznaniach konwertyty: „Ja sam, z duchowego punktu widzenia, nie lubię zbytnio Światła niewidzialnego. Napisałem tę książkę w nastroju wielkiego rozgorączkowania i w stanie, który teraz rozpoznaję jako bardzo subtelny sentymentalizm. Zmagałem się wtedy, pragnąc upewnić się co do prawd religijnych, a zatem zakładam, że pozytywny i asertywny ton książki był w dużej mierze nieszczery”.

Jednak, pomijając Światło niewidzialne, mamy ponad tuzin dzieł czysto beletrystycznych, z których możemy czerpać, i w nich znajdujemy pewne elementy, które stale się powtarzają. W ten sposób możemy bezpiecznie wyciągnąć wniosek, że są one projekcjami samego pisarza. Jedna z rzeczy, które robią wrażenie na czytelniku, to coś, co można by nazwać elementem mistycznym. Rozumiemy przez to świadomość rzeczy niewidzialnych, posiadaną przez autora oraz jego przekonanie, że to właśnie one mają tak naprawdę znaczenie i że jedność z Bogiem poprzez modlitwę stanowi prawdziwe dzieło ziemskiego życia. Benson znalazł w nauczaniu Kościoła katolickiego rozwiązanie swoich trudności, a w nauczaniu jego wielkich mistyków wyjaśnienie tajemnic modlitwy – tę cudowną moc, która może otworzyć bramy samego nieba i wpłynąć na ziemskie losy w sposób, jakiego większość ludzi się nie spodziewa. Jak to świetnie wyraził Tennyson:

„Więcej osiąga się modlitwą
Niż się śni temu światu. Niech więc twój głos
Wznosi się dla mnie jak fontanna dniem i nocą.
W czym bowiem ludzie są lepsi od owiec i kóz,
Które w umyśle ślepe życie wiodą,
Jeśli, znając Boga, nie wznoszą dłoni w modlitwie
I za siebie, i za tych, których zwą przyjaciółmi?
Bowiem cała ziemia jest, tak czy inaczej,
Przykuta złotymi łańcuchami do stóp Boga” (3).

Tak, jak moglibyśmy oczekiwać, podziw Bensona dla członków zakonów kontemplacyjnych jest bezgraniczny, ponieważ czerpią oni z samego źródła mocy, a ich wpływ sięga daleko i szeroko. Przez kontemplatorów rozumie on nie tylko tych, którzy wycofali się ze świata i poświęcili swoje życie modlitwie, ale także tych, którzy, chociaż żyją w świecie, przeszli niższe stopnie modlitwy i osiągnęli poziom modlitwy kontemplacyjnej. Moglibyśmy ich nazwać mistykami, określając tym słowem tych, którzy w modlitwie doszli do pewnej świadomości niewidzialnego – taką świadomość, jaka przychodzi do duszy, która osiągnęła stadium kontemplacji.

Jak to zostało powiedziane na początku tego tekstu, niektórzy twierdzą, że ów stan duszy jest w zasięgu wszystkich. Zgodnie z tym poglądem, łaska kontemplacji nie jest czymś zarezerwowanym dla pewnych wybranych dusz, a odmówionym innym, niezależnie od tego, jak bardzo o nią zabiegają. Żadna dusza nie może osiągnąć tego etapu bez Bożej łaski, ale łaska ta nie zostanie odmówiona tym, którzy nie oszczędzają się na ścieżce samowyrzeczenia. Fakt, że kontemplatorzy w świecie pojawiają się rzadko, wynika z tego, że stosunkowo niewielu ludzi wystarczająco poświęca się dążeniu do doskonałości. Kiedy jednak dusza dotarła do tego etapu modlitwy i osiągnęła kontemplację, musiała uzyskać stan oderwania od rzeczy ziemskich i jedności z Bogiem, który daje jej cudowną moc i który jest źródłem nieustannego działania. Działanie to może się objawiać w życiu modlitwy, jeśli dusza ta ma powołanie, albo w aktywnych dziełach zewnętrznych i w niezmordowanej energii w prowadzeniu dzieła Bożego w każdej sytuacji życiowej, w jakiej może się znajdować kontemplator. Wyobrażać sobie, że mistyk to osoba marzycielska, która nie ma związków z tym światem, ale jest zawsze pogrążona w ekstazie, to mieć mylne wyobrażenie o prawdziwym mistycyzmie i wydawać o nim opinię, na jaką nie zasługuje. Prawdą jest, że prawdziwy mistyk jest bardzo aktywnie zaangażowany, ponieważ źródłem jego działań jest modlitwa, i byłoby łatwo przedstawić przykłady wspaniałej zdolności do pracy, jaką posiadali mężczyźni i kobiety, którzy osiągnęli wyższe stopnie modlitwy.

Wydaje się, że tak było w przypadku Bensona. Właściwie nie istnieje jego książka, która nie dotyka modlitwy, a w niektórych znajdujemy próby opisania słowami rzeczywistych doświadczeń kontemplacji – faktycznie, moglibyśmy niemal nazwać modlitwę i jej wpływ podstawowym motywem jego książek. Możemy prześledzić to dokładnie od pierwszej książki do ostatniej, jaką napisał. Światło niewidzialne została napisana zanim stał się katolikiem, ale jedna z zawartych w niej opowieści, „W klasztornej kaplicy”, zajmuje się tym tematem i podkreśla aktywność życia modlitwy, podczas gdy w jego ostatniej książce, Loneliness, opublikowanej dopiero po jego śmierci, bohaterka, doświadczywszy życiowych rozczarowań, w modlitwie przed tabernakulum uświadamia sobie, że „wszystko inne zdawało się być puste oprócz tego, co w najmniejszym stopniu nie jest pustką”.

Jedna z jego książek, Richard Raynal, Solitary, w całości jest poświęcona historii samotnika, a chociaż jest celowo archaiczna w stylu i przez to niezbyt charakterystyczna dla pisarza, nie można pozbyć się uczucia, że człowiek, który to napisał, musiał mieć jakieś doświadczenie w dziedzinie modlitwy kontemplacyjnej albo w każdym razie musiał być wyjątkowo zainteresowany tym tematem. To wrażenie pogłębia się, kiedy czyta się inne książki tego autora: chociaż Benson rzekomo pisze powieści, znajdziemy tam wiele ustępów dotyczących modlitwy oraz wiele prób opisania doświadczenia kontemplacji. Weźmy na przykład następujący fragment z Antychryst – Pan Świata (4):

„Rozpoczął, ponieważ jego zwyczajem była modlitwa myślna, od świadomego aktu wyłączenia się ze świata zmysłów. Używając obrazu zatapiania się pod powierzchnię, zmuszał się do zejścia w dół i wejścia do wewnątrz, aż brzmienie organów, szuranie kroków, sztywność oparcia krzesła pod jego nadgarstkami – wszystko wydawało się odległe i zewnętrzne, i zostawał sam, z bijącym sercem, z rozumem, który podsuwał obraz za obrazem, i z emocjami, które były zbyt ospałe, aby się poruszyć. Następnie wykonał swoje kolejne zejście, porzucił wszystko, co posiadał i czym był, i uświadomił sobie, że nawet ciało pozostało poza nim i że jego umysł oraz serce, czując respekt przed Obecnością, w której odnalazły siebie, trzymały się blisko, posłuszne woli, która była ich panem i opiekunem. Wziął jeden czy dwa kolejne długie oddechy, kiedy poczuł, że Obecność wzbiera nad nim. Powtarzał mechanicznie kilka słów i zatapiał się w tym spokoju, który idzie za wyrzeczeniem się myśli. Tam na chwilę pozostał. Daleko ponad nim rozlegała się ekstatyczna muzyka, brzmienie trąb i dźwięk fletów, ale dla tego, kto zasypiał, były to nieistotne hałasy uliczne. Znajdował się teraz wewnątrz woalu spraw, poza granicami zmysłów i refleksji, w owym sekretnym miejscu, do którego drogę znalazł w wyniku niekończących się wysiłków, w tym dziwnym obszarze, gdzie rzeczywistość jest oczywista, gdzie wyobrażenia przesuwają się tam i z powrotem z prędkością światła, gdzie kołysanie chwyta raz to, raz inne działanie, kształtuje je i przyspiesza, gdzie wszystko się spotyka, gdzie dotyka się prawdy i poznaje ją, i smakuje, gdzie Bóg Immanentny stanowi jedność z Bogiem Transcendentnym, gdzie znaczenie świata zewnętrznego jest oczywiste poprzez jego wewnętrzną stronę, a Kościół i jego tajemnice są widoczne z wnętrza obłoku chwały”.

Przepisałem ten obszerny ustęp, ponieważ uważam, że jest charakterystyczny dla autora (5). Wydawałoby się, że człowiek, który napisał ten fragment, musiał mieć pewne doświadczenie z tym, co próbował opisać, i ten pogląd potwierdzają inne fragmenty dzieł tegoż pisarza. Procesy życia duchowego wyraźnie są dla niego rzeczywistością. Świadczy o tym fakt, że w niejednej z jego książek napotykamy pewien typ człowieka – człowieka, który przeszedł przez różne stadia życia duchowego i osiągnął faktycznie drogę „jednoczącą”. Autor najwyraźniej traktuje tych ludzi jako idealne typy (6), odpowiednie, aby być przewodnikami i doradcami innych, czy uczynili kontemplację zasadniczym celem swego życia, czy też żyją w świecie. Tacy na przykład są pan Rolls w The Sentimentalists, Christopher Dell w The Conventionalists oraz pan Morpeth w Initiation – ludzie, którzy zostali oczyszczeni w ogniu prób i którzy odnaleźli w modlitwie tajemnicę pokoju duszy. A znowu w Brzasku wszechrzeczy (7), gdzie autor próbuje przedstawić świat z punktu widzenia przyszłości, w odpowiedzi na przypuszczenie, że Kościół katolicki wzrasta w siłę, autor odmalowuje Irlandię jako kontemplacyjny klasztor Europy i jednocześnie jako wielki, mentalny szpital. Kontemplator staje się lekarzem, kompetentnym, aby leczyć wszystkie przypadki napięcia i załamania psychicznego, ponieważ w pewnym stopniu posiada zdolność przekazywania innym pokoju, który sam zyskał.

Można byłoby cytować inne przykłady, takie jak ten, w którym Benson mówi o modlitwie i o jej wpływie. W klasycznej mitologii istnieje historia o człowieku, który rozwikłał tajemnicę pewnego labiryntu przy pomocy złotej nici. Benson odnalazł w modlitwie klucz do otwarcia tajemnic Bożego świata i widać ją jako złotą nić, biegnącą przez jego różne dzieła i łączącą je ze sobą. Próbuje on nawet wyrazić w przystępnych kategoriach subtelności życia duchowego, z jego trzema szerokimi podziałami drogi oczyszczającej, oświecającej i jednoczącej, i wybiera jako podmiot takich doświadczeń nie, jak można byłoby oczekiwać, członka zakonu kontemplacyjnego, ale człowieka, który wędruje po drogach (8), jak gdyby po to, żeby pokazać, iż jego zdaniem te doświadczenia znajdują się w zasięgu wszystkich, którzy nie szczędzą wysiłków i którzy odpowiadają na łaskę. Ci, którzy są zainteresowani, znajdą bardziej religijne potraktowanie tego samego tematu w jego The Friendship of Christ (9).

Słyszałem, jak mówiono, nie wiem, na jakiej podstawie, iż Bensona silnie pociągał zakon kartuzów i że chętnie zamieniłby sutannę na habit kartuzjański oraz życie kontemplacyjne. Może to prawda, ale jest wielu ludzi, do których przemawia życie kartuzów, a którzy, niemniej jednak, niekoniecznie mają powołanie. Dobrze znany jest na przykład przypadek świętego Tomasza More’a, a każdy klasztor kartuzjański mógłby opowiedzieć historię o tych, którzy przychodzą, ale nie zostają, ponieważ, jak zauważa pisarz kartuzjański, „Istnieją powołania, które pochodzą od Boga i inne, które pochodzą z wyobraźni” (10). Tak czy inaczej, Benson nigdy nawet nie spróbował tego powołania, ale zdaje się, że jego szczególne talenty ukazały się z najlepszej strony w życiu aktywnym. Jednak to, że skłaniał się ku życiu kontemplacyjnemu, w oczywisty sposób wynika z jego pism.

Był żarliwie przekonany o prawdzie twierdzeń Kościoła katolickiego, a pod jego wpływem jego wspaniałe talenty rozwinęły się tak, jak słońce rozwija płatki kwiatów i ujawnia ich piękno oku. Zanim stał się katolikiem, nigdy nie wykazywał żadnych wielkich talentów, a chociaż był po trzydziestce, kiedy został przyjęty do Kościoła, dokonał wcześniej tylko jednego wejścia w dziedzinę literatury. Jego książka Światło niewidzialne, napisana, kiedy był anglikaninem, ma zalety z literackiego punktu widzenia, ale opowieściom tym nie udało się ująć czytelników tak, jak jego późniejszym dziełom. Jest to szczególnie wyraźne, jeśli porówna się ją z A Mirror of Shalott, gdzie historie o tym samym charakterze zostały przedstawione z daleko większą pewnością i siłą. Rzeczywiście, wydaje się, że Kościół katolicki całkowicie spełnił jego aspiracje i że odkrył w nim ideał, którego poszukiwał. W świetle, które nauczanie Kościoła rzuciło na jego życie, zbudziły się drzemiące w nim siły i mógł wyrazić siebie w sposób, w jaki nie mógł tego zrobić nigdy wcześniej. Przyjęcie całym sercem twierdzeń Kościoła wytworzyło w nim – żeby użyć jego własnego wyrażenia – pewną stałość pobożności (11), która stała się siłą napędową w jego życiu. Był żarliwie przekonany, że Kościół jest wyznaczonym przez Boga nauczycielem ludzkości, że jest prawdziwym przewodnikiem w jedności duszy z Bogiem i że w nauczaniu jego świętych i mistyków zawarty jest sekret owych tajemniczych doświadczeń duszy w modlitwie, którego pewna miara przypadła na jego los, co wytworzyło w nim „stałość pobożności”, przynaglającą go, aby poświęcił się całkowicie służbie Kościołowi z tak skoncentrowaną energią, że jego przeciążony organizm załamał się pod napięciem i zmarł, przeżywszy zaledwie niewiele ponad połowę normalnego ludzkiego życia.

Ci, którzy mieli ten przywilej, aby znać go osobiście, mówią o pewnym uroku zachowania i rozmowy oraz o ujmującej prostocie. Potrafił mówić o swych własnych poczynaniach z całkowitym brakiem afektacji i zawsze był gotów słuchać krytyki swoich dzieł. Z pewnością jest to oznaka prawdziwej pokory, ponieważ należy pamiętać, że był kaznodzieją o znakomitej reputacji, pisarzem, którego książki miały ogromny nakład, był także bardzo poszukiwany jako przewodnik duchowy. Jednak żadna z tych rzeczy nie zniszczyła jego prostoty – raczej przeciwnie, mamy świadectwo jego brata (12), że jego skromność zdawała się wzrastać w miarę upływu lat.

Ci, którzy słyszeli, jak Benson głosił kazania, nie zapomną łatwo tego wrażenia. Chłopięca twarz ze snopem nieporządnie wyglądających włosów, drobna postać i nieco niezdarne ruchy nie wróżyły dobrze. Ale kiedy ożywiał się przy pracy, jego słuchacze byli niemal zaczarowani i to także pomimo braków w wymowie i zachowaniu, ponieważ jego głos nie nadawał się zbyt dobrze do przemawiania i czasami brzmiał, jakby był napięty niemal do granic wytrzymałości. Prawie nie używa ł gestów, a bez tych, które stosował, można było się równie dobrze obejść, ale kiedy człowiek słuchał tego potoku wymowy i widział drobną postać kołyszącą się w tę i w tamtą stronę z płomienną energią, zapominał o wszystkich brakach wypowiedzi i sposobie wyrażania i czuł, że przyciąga go intensywność przekonania kaznodziei. To, jak sądzę, była tajemnica jego sukcesu jako kaznodziei – owa wszechogarniająca żarliwość. Był to człowiek, który, pomimo pewnych oczywistych braków oratorskich, mówił to, co musiał powiedzieć z takim ogniem żarliwego przekonania i z taką skoncentrowaną energią celu, że nie dało się nie słuchać jego płomiennych słów. Dlatego gdziekolwiek pojechał, jego sukces jako kaznodziei był niezwykły, a mówi się, że czasami zapraszano go już z dwuletnim wyprzedzeniem. Z braku informacji nie mogę nic powiedzieć o jego zdolnościach jako duchowego kierownika. Od czasu jego śmierci pojawiła się na ten temat książka (13), ale nie jest wystarczająco wyczerpująca, aby umożliwić formułowanie ocen. Przekazuje jednak wrażenie, że on sam miał częściowo rację, kiedy powiedział swojemu bratu: „Nie jestem człowiekiem do dawania wsparcia. Czasami potrafię kogoś rozpalić, ale nie wesprzeć” (14). Jego dary szły raczej w innych kierunkach, a chociaż bez wątpienia był kompetentny jako kierownik duchowy, w każdym razie dla tych, których naturę rozumiał, jednak jego ograniczona impulsywność, taka, jaką była, przez łaskę, musiała stanowić pewne przeciwieństwo opanowania i dojrzałości osądów oraz doświadczenia, jakich wymaga się od tego, kto ma się wyróżniać jako przewodnik dusz. Wydawałoby się zatem, że jedną z lekcji życia Bensona jest wartość modlitwy. Świat duchowy jest wspaniałym światem rzeczywistości i to właśnie przez modlitwę dusza wchodzi w kontakt z tą rzeczywistością. Miarą jedności duszy z Bogiem w modlitwie jest miara poświęcenia duszy z całego serca służbie Bogu, a w Kościele katolickim Benson znalazł ideał, którego poszukiwał. Oto była Oblubienica Chrystusa, Mistyczne Ciało Chrystusa, w które został wcielony i którego życie dzielił tak, że cała jego istota została przeniknięta duchem Kościoła, a jego tętno biło nadnaturalną energią. W Kościele odnalazł bezpiecznego przewodnika na ścieżce modlitwy – takiego, który z doświadczeniem dziewiętnastu stuleci mógł prowadzić jego duszę ku coraz większej jedności z Wszechmogącym Bogiem i w ten sposób pomóc mu właściwie interpretować życiowe trudności. To dlatego, że zdał sobie z tego sprawę tak silnie, pracował z tak skoncentrowaną energią i wykonał tyle pracy w tak zdumiewająco krótkim czasie.

W uznaniu jego służby dla sprawy katolicyzmu, świętej pamięci Ojciec Święty Pius X uczynił go w 1911 roku jednym ze swych nadzwyczajnych, prywatnych szambelanów, która to godność niosła ze sobą tytuł monsignore, i to właśnie jako monsignore Benson był najlepiej znany na świecie. Jednak żadne kościelne godności nie mogły poprawić reputacji, którą zdobył przy pomocy swych znakomitych cech. Mógł dodać do swego nazwiska monsignore nie dlatego, że stał się tak znany i zyskał takie szerokie wpływy, ale ponieważ był Robertem Hugh Bensonem, księdzem Kościoła katolickiego, który wykorzystał do dobrego celu wspaniałe dary, jakimi obdarzył go Bóg.

***

A teraz ten znany człowiek odszedł i już go nie zobaczymy, ale pozostawił po sobie wdzięczną pamięć oraz sięgający daleko wpływ stymulującego przykładu. Nie możemy naśladować jego pracy, ponieważ nie mamy jego darów, ale możemy wszyscy zrobić, co w naszej mocy, aby go naśladować i aby pielęgnować jak najlepiej te dary, które dał nam Bóg. Benson był tym, któremu dano pięć talentów i który „zarobił drugie pięć”. Pielęgnował dobre dary, które dał mu Bóg i poświęcił je całkowicie Jego służbie. Nieustraszony w swoich przekonaniach, przyjął Kościół katolicki, jak tylko poczuł się usatysfakcjonowany co do jego twierdzeń, a chociaż członkowie własnej rodziny traktowali go bardzo życzliwie, wymagało to niemałej odwagi od syna anglikańskiego arcybiskupa, aby wyrzec się wiary ojca. Jednak ofiara ta została wynagrodzona żarliwym przekonaniem, które pozwoliło mu zebrać wszystkie siły i wykorzystać je w służbie Kościoła z pobożnością płynącą z głębi serca, którą nieczęsto udawało się przewyższyć.

W bardzo krótkim czasie po tym, jak stał się katolikiem, Benson wyjechał do Rzymu, został wyświęcony na księdza i powrócił do Anglii. A teraz odszedł na zawsze. Jednak jakież wspaniałe działania zmieściły się w tym krótkim okresie życia!

Kiedy był wśród nas, nie można było niemal otworzyć katolickiej gazety, nie znajdując tam śladów jego pracowitego życia. Tutaj głosił kazania, gdzie indziej wykładał albo głosił rekolekcje, albo był obecny na jakiejś publicznej imprezie, albo na jakimś społecznym zebraniu. A potem od czasu do czasu, z cudownie krótkimi przerwami, pojawiała się ta czy inna książka, cichy hołd dla jego niezmordowanego pióra. „Jak udaje mu się robić to wszystko? Jak znajduje czas?” Takie pytania zadawaliśmy sobie, kiedy stawaliśmy wobec jego oszałamiającej aktywności. Jednak teraz, kiedy nie żyje, wiemy, jakim kosztem dla niego samego była ta ogromna i bezustanna aktywność. Żył, żeby użyć jego własnych słów, „na samym skraju swoich możliwości”, i tylko ktoś, kto kiedykolwiek próbował to robić, może zrozumieć, jakiego heroizmu wymagało takie życie. Miał cudowne dary i postanowił, że nie powinny się one zmarnować, ale że mają być pielęgnowane i w całości poświęcone chwale Jego Pana. Zatem nie oszczędzał się, ale dawał z siebie wszystko w służbie Kościoła, pracując, póki pióro nie wysunęło się z jego zmęczonych palców, a jego niezmordowana energia nie została uciszona przez śmierć. I tak odszedł spośród nas, pozostawiając za sobą rejestr wspaniałych osiągnięć. Jak meteor przeleciał przez niebo, jak meteor spalił się samą prędkością swego ruchu, pozostawiając za sobą smugę światła. Zostawił nam pamięć pełnego mocy kaznodziei, błyskotliwego pisarza i utalentowanego polemisty. Przede wszystkim jednak chcemy myśleć o nim jako o księdzu, dla którego własne kapłaństwo było wszystkim i który był zdeterminowany kroczyć tak blisko, jak się da, śladami swego Mistrza. Zdawał sobie głęboko sprawę, jaką rolę odgrywa cierpienie w świecie, który został zniszczony przez grzech, a książka, w której wypowiada się na ten temat, Initiation, jest w opinii niektórych najlepszą, jaką kiedykolwiek napisał. Jednym z powodów jego bezgranicznego podziwu dla członków zakonów kontemplacyjnych był fakt, że pokutowali za grzechy. „Przecież są książętami tego świata! Są typami Ukrzyżowanego. Jak długo istnieje na świecie grzech, tak długo musi istnieć pokuta. Wymagające chrześcijaństwo zostało przyjęte, Krzyż wzniósł się, górując raz jeszcze… I wtedy ludzie zrozumieli. Przecież oni są świętymi wszechświata – wyższymi od aniołów, ponieważ cierpią” (15).

Ci, którzy chcieliby coś wiedzieć o jego życiu wewnętrznym, mogą zwrócić się do jego książki The Friendship of Christ, w której znajdą pouczający opis różnych etapów życia duchowego. Dowiedzą się, w jaki sposób przyjaźń z Chrystusem stanowi tajemnicę świętych, jak ten proces przyjaźni ewoluuje, przechodząc w potrójną drogę oczyszczenia, oświecenia i zjednoczenia, i jak „najświętsze doświadczenia życia są bezużyteczne, jeśli Jego przyjaźń ich nie uświęci” (16). Uświadomią sobie lepiej, że „Kościół jest Ciałem, w którym mieszka Chrystus, i które ożywia, że Najświętszy Sakrament to On sam w ludzkiej naturze, w której żył na ziemi, a teraz triumfuje w Niebie, że świętość świętych jest Jego własną, że kapłańskie słowa i działania są słowami i działaniami wiecznego Kapłana i że najwyższe prawo grzeszników czy innych ludzi spoczywa w obecności Chrystusa znieważonego i ukrzyżowanego czy zaniedbanego w ich wnętrzu”. Dowiedzą się też, że Chrystus w tabernakulum oznaczał dla niego żywą Obecność Przyjaciela i jest to lekcja, którą każdy katolik może starać się wziąć sobie do serca. Pożegnajmy się z nim zatem przed Tabernakulum, w Obecności Przyjaciela jego i naszego, i zakończmy ten absolutnie niedoskonały szkic wersetem z jednego z jego wierszy:

„Nie! Jednak z wiarą szukałem mego Pana zeszłej nocy,
I tam, gdzie lampa przygasła, znalazłem Go jaśniejącego;
Cienisty ołtarz migotał coraz wyżej
Tron dla Niego:
Jego miłosierna Twarz widziana jak przez kratę
spojrzała na mnie i wypełniła ciemność łaską”.

Ks. Allan Ross

(1) Ibid., s. 169.

(2) Warszawa 2002.

(3) Morte d’Arthur.

(4) Komorów 2002.

(5) Zob. także opowieść o. Girdlestone’a w A Mirror of Shalott.

(6) Nazywa ich „mistykami”. Zob. The Conventionalists, s. 526.

(7) Poznań 1919.

(8) None Other Gods, cz. II, rozdz. VI.

(9) Wydanie polskie pod tytułem: Rekolekcje z Chrystusem, Sandomierz 2011.

(10) Un Chartreux, La Grande Chartreuse, s. 306.

(11) None Other Gods, s. 204.

(12) Hugh, s. 229.

(13) Listy duchowe monsignore Bensona do jednego z konwertytów.

(14) Hugh, s. 152.

(15) Brzask wszechrzeczy.

(16) The Friendship of Christ, s. 52.

Powyższy tekst jest wprowadzeniem do książki ks. Roberta Hugh Bensona Fenomen Loudes.