Lourdes. Objawienia. Cuda. Nowenny. Rozdział trzeci

Siódme widzenie

Następnego dnia, 25 lutego, wielu ludzi znowu przybyło na miejsce objawienia; prócz chorych i cierpiących było wielu ciekawych. Przychodzi Bernadeta i klęka jak zwykle do modlitwy. Widok jej poruszył wiernych i niedowiarków; wszyscy są pewni, że wpatruje się w Niebiańską Postać. Po chwili przesuwa się na klęczkach w głąb groty i zaczyna grzebać dziecięcą rączką w suchej ziemi; parę razy zbliża rączkę do ust. Obecni świadkowie nie wiedzą co to znaczy i zaczęli posądzać biedne dziecko o pomieszanie zmysłów. Kiedy Bernadeta wyszła z zachwycenia, tłum począł się cisnąć do niej, chcąc usłyszeć z jej ust, co Dziewica do niej mówiła. Ludzie zaczęli się też gwałtownie pchać na miejsce, z którego Bernadeta w czasie zachwycenia usuwała ziemię.

Tymczasem dziewczynka opowiada obecnym: „Anielska Piękność powierzyła mi trzecią, ostatnią tajemnicę, która dotyczy mnie samej i wyjawić mi jej nie wolno. Potem rzekła mi: «Idź, napij się i obmyj w źródle i jedz tę trawę, co rośnie koło źródła». Na ten rozkaz obejrzałam się, nie widziałam jednak nigdzie źródła, chciałam więc pójść do rzeki. Powstrzymała mnie, mówiąc: «Nie powiedziałam ci, idź do rzeki Gave, ale do źródła, które tu jest». Wyciągnąwszy rękę, wskazała mi w grocie suche miejsce. Na klęczkach przysunęłam się tam i zaczęłam grzebać w suchej ziemi. Nagle pod moją ręką pokazała się woda błotnista; po trzykroć chciałam się jej napić, lecz poczułam wstręt. Pokonałam go za czwartym razem, napiłam się, obmyłam nią i zjadłam odrobinę zioła rosnącego przy skale; potem zjawienie znikło”.

Tłum zaczął się przepychać, bo każdy chciał się naocznie przekonać o prawdzie, zobaczyć na własne oczy źródło i zaczerpnąć z niego choć kropelkę wody. Tymczasem mała wilgotna pręga rosła w oczach, utworzył się mały strumyk i ze szmerem po kamieniach począł spływać do rzeki. Cudowne powstanie źródła wyśmiewał wtedy dziennik „Lavedan”. Następnego dnia przyszła Bernadeta do groty, objawienia jednak nie było; za to z ukazaniem się źródła następowały liczne uzdrowienia.

Cudowne uzdrowienia

W okolicy Lourdes wznosiły się góry, w których od niepamiętnych czasów wydobywano kamień; pracowało tam wielu robotników, nie obeszło się bez nieszczęśliwych wypadków. Pomiędzy robotnikami byli dwaj bracia Ludwik i Józef Bouriette. Przy zakładaniu min przypadkiem nastąpił wybuch; skutek był straszny. Józefa zabiło na miejscu, Ludwikowi zaś skaleczyło twarz i nadwerężyło prawe oko. Został wprawdzie przy życiu, ale następstwa choroby były bolesne; utracił wzrok.

– Przynieś mi – mówi do swojej córki – wody z cudownego źródła; jeśli Najświętsza Panna się tam ukazuje, uzdrowi mnie.

Dziecko przyniosło wody. Zaledwie umył oko wodą jeszcze błotnistą, spostrzegł, że widzi przedmioty jakby lekką mgłą osłonięte, po chwili zupełnie odzyskał wzrok.

Następnego dnia idzie do lekarza, doktora Dozous.

– Panie doktorze! Jestem zupełnie zdrów – woła, widząc go z daleka.

– Żartujesz – odpowiada lekarz. – Znam dobrze twoją nieuleczalną chorobę; dawałem ci środki łagodzące, nie zaś na odzyskanie wzroku, bo takiego dla ciebie nie ma.

– Nie pan też mnie uleczył, ale Matka Boża.

– Nie wierzę – odrzekł lekarz. – Zresztą zaraz się przekonam.

Napisał na papierze kilka wyrazów, a zasłoniwszy mu również bardzo słabe lewe oko, rzekł:

– Uwierzę, jeżeli mi to przeczytasz.

Bouriette zaczął rzeczywiście czytać:

– Bouriette ma oko rażone paraliżem, już nigdy nie odzyska wzroku.

Doktor osłupiał.

– To cud! – zawołał. – Dokonany przez Matkę Najświętszą; nauka ludzka do tego dojść nie może.

Wezwano profesora fakultetu medycznego w Montpellier, pana Vergeza, do sprawdzenia tego uzdrowienia; ten oświadczył, że rzeczywiście uzdrowienie jest cudowne.

Wiele także innych osób odzyskało zdrowie po użyciu wody z groty; wspomnimy tylko niektóre: Maria Daube, Bernarda Soubie, Fabian Baron; Joanna Crassus odzyskała władzę sparaliżowanej ręki.

Radosne uniesienia ludzi nabierały siły; drogę do cudownego źródła zalegały tysięczne tłumy. Koło groty pobożny lud i wdzięczni uzdrowieni palili świece dniem i nocą. Z tysiąca piersi wydobywały się pieśni hołdu i uwielbienia dla Najświętszej Panny, a echo ich rozlegało się wokoło, wypełniało pola i okoliczne lasy. Radość była ogólna, tylko nieprzyjaciele prawdy i wiary szydzili z cudów, mimo licznych przekonywujących dowodów. Ubolewali, że tak uczeni i poważni ludzie, jak adwokat, pan Dufo, lekarz, pan Dozous, i poborca, pan Estrade, dali się ponieść dziwactwom.

Bernadeta przed sądem

Tymczasem Bóg chciał doświadczyć Bernadetę; tego samego dnia wezwano ją do sądu. Jak poprzednio komisarz policji, tak teraz sędziowie nie mogli znaleźć żadnego powodu do oskarżenia jej i potępienia. Zwrócili się do burmistrza, by ten zabronił odwiedzania groty; przypuszczali, że zakaz wywoła zamieszanie, opór, co dostarczy powód wkroczenia policji. Burmistrz miasta pan Lacade, bardzo poważny, ale lękliwy, odpowiedział wymijająco: „Rozstrzygnięcie o prawdziwości objawień należy do biskupa, a nie do mnie”. W trzech następnych dniach Bernadeta miała, jak zwykle, objawienia, jednak nie odebrała żadnych ważnych zleceń.

Powtórne polecenie dla kapłanów

Dnia 2 marca objawiona Dziewica powtórzyła swoją wolę Bernadecie. Posłuszna udała się znowu do proboszcza, mówiąc: „Pani chce, aby na skale, gdzie mi się objawia, zbudowano kościół i odprawiono tam procesję”. Wobec wytryśnięcia cudownego źródła i licznych uzdrowień, proboszcz nie mógł żądać nowych cudów. Był już dostatecznie przekonany, że to jest Matka Boża. Z miłym uśmiechem zwrócił się do Bernadety:

– Ja ci wierzę, moje dziecko, lecz to, czego żądasz ode mnie w imieniu zjawionej Dziewicy, zależy od biskupa. O wszystkim już go powiadomiłem, zaraz udam się do niego, niech działa, jak go Bóg natchnie.

Ksiądz proboszcz przedstawia sprawę biskupowi

Biskupem diecezji był wówczas ksiądz Bertrand Seweryn Laurence. Był to kapłan, pełen prawdziwie ojcowskiego serca, bystrego umysłu, miał dar poznawania ludzi. Biegły kierownik sumień i znawca serc; odznaczał się nadzwyczajną mądrością i głęboką rozwagą. Jego trzeźwy umysł poddawał wszystko najściślejszemu badaniu; niczym się nie przejmował, do niczego się nie zapalał, nie dowierzał uniesieniom gorliwości, nie łatwo się dał przekonać. Skrupulatnie badał przyczyny i następstwa każdej sprawy, zwłaszcza ważniejszej, a postępowanie jego cechowała przezorność, mądrość i ewangeliczna cierpliwość. Czekał aż się wszystko dostatecznie wyjaśni i ukaże się prawda; nigdy się też nie omylił. Te nieocenione przymioty jednały mu szacunek i poważanie wszystkich władz i pomogły uniknąć wszelkiego starcia.

Jemu to przedstawił ksiądz Peyramale wszystkie zdarzenia u skał massabielskich. Mówił przekonywająco o widzeniach Bernadety, o żądaniu objawienia, o wytryśnięciu źródła, cudownych uzdrowieniach i uniesieniu ludności. Na biskupie opowiadanie to nie zrobiło jednak żadnego wrażenia. Szkoda czasu, mówił, zajmować się jakimiś tam wizjami zwykłej wieśniaczki, pasterki nie umiejącej nawet czytać. Nie zaprzeczał bynajmniej wypadkom nadprzyrodzonym, ale rzekł, że ślepo wierzyć im nie można, trzeba się osobiście przekonać o ich prawdziwości.

– Czy ksiądz proboszcz widział na własne oczy choć jeden cud? – zapytał biskup.

– Nie – odrzekł proboszcz – wiem o tym tylko z opowiadania ludzi. Oczywiście, są to ludzie mało obeznani z rzeczami wiary.

– W takim razie – rzekł biskup – kto może zaręczyć, czy w opowiadania ich nie wkradło się wiele niedokładności lub przesadnych dodatków. Kto zaraz wierzyłby czternastoletniemu dziecku! U takiego najłatwiej o złudzenie i pomyłkę; zresztą lud jest uniesiony.

Nie orzekł więc nic stanowczego; nie myślał też o wysłaniu komisji do zbadania cudów. Bardzo roztropnie, bo lud uniesiony, przeszkadzałby w dochodzeniach. Dał więc krótką odpowiedź, że na rozstrzygnięcie sprawy przez biskupa jeszcze nie czas, że o tak niezwykłym zdarzeniu, nie można zaraz orzekać; trzeba być bardzo ostrożnym, działać powoli, a przede wszystkim nie ufać pierwszym uniesieniom. Muszą się uspokoić umysły, a tymczasem trzeba błagać Pana Boga o światło. Podał też proboszczowi pewne środki do zdobycia niezbitych dowodów na każdy rzeczywisty cud.

– Najjaśniej – kończy biskup – wykażą prawdę dyskusje samych niewiernych, a zwłaszcza napaści wrogów wszelkich objawień. Takich mamy dziś dosyć.

Władza duchowna postąpiła więc bardzo ostrożnie, nie zadecydowała od razu, jakkolwiek do niej należało ostatnie słowo.

Jak zachowała się władza świecka wobec tych wypadków? Gwałtem chciała wszystko stłumić, zapominając, że może w tym wszystkim być działanie Boże, że zresztą nie do niej należy rozsądzanie spraw duchownych. Starostą Wyższych Pirenejów był pan Massy, sumienny urzędnik, niby dobry katolik, choć wróg wszelkich, jak mówił, zabobonów. Uznawał cuda i objawienia, lecz tylko opisane w Ewangelii, inne z góry odrzucał. Chciał zapobiec zbiegowisku i objawom zbyt wielkiego uniesienia, kazał więc dniem i nocą czuwać tajemnie nad grotą, a w ostatnim dniu objawień zażądał na wszelki wypadek nawet pomocy wojskowej.

Czternasty dzień objawień

Czwartek 4 marca był ostatnim z zapowiedzianych dni cudownego objawienia. Przybyły nieprzeliczone tłumy z najodleglejszych okolic, nie brakło też pielgrzymów z drugiej strony Pirenejów, z Hiszpanii. Od wczesnego ranka wszystkie drogi wiodące do groty były zapełnione tłumami ludzi. Jednych prowadziła tam wiara, chęć widzenia i uwielbiania Bogurodzicy, inni przyszli dziękować za odebrane łaski i prosić o nowe; byli i tacy, co spieszyli z ciekawości, nie brakło też szyderców. Porządek utrzymywało wojsko, żandarmeria i policja. Nagle wojsko zaczęło rozsuwać ludzi i tworzyć przejście. Zrobił się ruch, „oto idzie święta”, odzywają się głosy, albowiem szła Bernadeta z matką. Bernadeta szła skromnie, powoli, z duszą pochłoniętą oczekiwaniem objawienia. A kiedy uklękła do modlitwy, zapanowała natychmiast tak wielka cisza, że słychać było płynącą rzekę Gave i szmer wytryskującego w grocie źródła. Twarz jej zajaśniała, jak w dniach poprzednich. „Widzi! Widzi!”, szeptali obecni do siebie. Po czym jedni padali na twarz w trakcie modlitwy, inni cichutko płakali. Tym razem cudowna Dziewica powtórzyła zlecenia ostatnich dni, ale prośby dziewczynki, aby zjawiona Pani podała Swoje imię, znów zostały bez odpowiedzi.

Dalsze cudowne uzdrowienia

Czwartego marca ustały objawienia, za to z każdym dniem pomnażały się cuda. W tym właśnie czasie, żyła w mieście Lourdes biedna rodzina: Jan i Krescencja Bouhohorts. Całą jej pociechą było jedyne, dwuletnie dziecko, Justynek. Niestety, Justynek ciężko zachorował; zniekształcał go paraliż, nieustannie męczyła wysoka gorączka, już był bliski śmierci. Lekarz, pan Peyrus, nie dawał mu żadnej szansy przeżycia. Po południu, 4 marca, stan jego zdrowia zupełnie się pogorszył; dziecko zaczęło słabnąć, oddech ustawał, wyglądało jak trup. – Już umarło – zauważył ojciec z boleścią.

– Nie! Nie umarło – zawołała zrozpaczona matka. – Będzie żyło! Uzdrowi je Matka Boża z groty.

Nagle chwyta dziecko i szybko biegnie z nim do źródła. Przepycha się przez tłum, klęka przy źródle, odwija prawie już martwe dziecko, i przeżegnawszy się, zanurza je po szyję w zimnej wodzie. „Okrutna!”, słychać głosy oburzenia. „Obłąkana!”, wołają ze współczuciem. „Biedna!”, niektórzy z politowaniem szepcą po cichu. Najbliżej stojący zaczęli ją odsuwać od zimnego źródła.

– Pozwólcie mi robić, co muszę – szamocąc się z nimi, woła zrozpaczona. – Niech resztę dokona Matka Najświętsza.

Po upływie kwadransa wyjęła z wody skostniałe z zimna dziecko, prędko pobiegła z nim do domu i położyła do kołyski. Nagle, pochylając się nad dzieckiem, krzyknęła: „oddycha!”. Zbliżył się ojciec i przekonał się, że rzeczywiście dziecko oddycha i śpi spokojnie i twardo. Następnego dnia obudziło się, wstało z kołyski i zupełnie zdrowe zaczęło zaraz kręcić się między sprzętami, przesuwając je z kąta w kąt. Szczęśliwa matka nie wierzyła własnym oczom. Trzech lekarzy, pan Peyrus, pan Vergez i pan Dozous komisyjnie stwierdziło uzdrowienie, którego naukowo nie da się wytłumaczyć, co potwierdzają trzy okoliczności: trzymanie przez piętnaście minut umierającego dziecka w zimnej wodzie, co mogło spowodować śmierć; nagłe wyzdrowienie; doskonały chód dziecka. Od tej pory cudów było tak dużo, że aby je wszystkie zebrać, należałoby napisać wiele książek. Musiały być prawdziwe, jeśli nie podważała ich policja ani uczeni, chociaż nieustannie chciano natrafić na kłamstwo lub oszustwo.

Niebiańska Pani podaje swoje imię

Dzień 25 marca, Zwiastowanie Najświętszej Maryi Panny, był piękny; bezchmurne niebo, na dolinach śnieg stopniał, pozostał tylko na sterczących opodal górach, spoza których wschodziło poranne słońce. Tylko Bernadeta uklękła i zaczęła się modlić, a zaraz, jak zwykle, objawiła się jej Dziewica. Na głowie miała cudowną osłonę, na sobie szatę bielszą od śniegu, błękitna przepaska sięgała prawie do stóp, pod którymi zakwitły dwie złote róże, a całą postać otaczało niesamowite światło. Wyglądała piękniej niż słońce. Wesoła, szczęśliwa Bernadeta trzykrotnie prosiła: „O Pani, bądź łaskawa powiedzieć, kim jesteś, jakie Twoje Imię”. Po pierwszych trzech pytaniach Pani miło się uśmiechnęła, lecz nic nie odpowiedziała, tylko światło otaczające jej postać stawało się coraz jaśniejsze. Za czwartym razem rozłożyła swoje ręce; na złotej nitce biały jak alabaster różaniec, lekko przesunął się na Jej prawą rękę; potem spuściła ku ziemi swoje rozłożone dłonie, jakby posyłając całemu światu błogosławieństwo, potem podniosła ręce i oczy ku niebu, jakby wzywając Trójcę Przenajświętszą i głosem piękniejszym od Serafinów rzekła: „Jestem Niepokalane Poczęcie”. Bernadeta, słysząc je po raz pierwszy w życiu, w ogóle ich nie zrozumiała, a zatem w drodze do proboszcza powtarzała te słowa co chwilę z obawy przed zapomnieniem. Chciała wyraźnie proboszczowi powiedzieć, że ta Pani to „Niepokalane Poczęcie”, jak również, że chce, aby na tej skale zbudowano Jej kościół.

Przywilej Niepokalanego Poczęcia, którym, Pan Bóg samą tylko Najświętszą Pannę obdarzył, zawiera w sobie wolność od grzechu pierworodnego i wszelkiego źródła grzechu oraz pełnię łaski uświęcającej od pierwszych chwil życia. Ojciec święty, Pius IX, ponad trzy lata przed objawieniem się Matki Najświętszej w Lourdes, ogłosił Niepokalane Poczęcie Najświętszej Maryi Panny, jako dogmat wiary.

Wszystkie szczegóły objawienia mogą mieć również duchowe znaczenie. Już nie raz Pan Bóg do zwyczajnych zdarzeń przywiązywał znaczenie duchowe, czyli mistyczne. Zbliżenie się Bernadety na klęczkach, może oznaczać pokutne zbliżenie się grzesznika do Boga; spożywanie ziół konieczność pokornej pokuty, bez której nikt do Boga zbliżyć się nie może. Budowanie kościoła oznaczałoby budowę duchowego kościoła w sercach ludzkich; procesje zaś radość serca wypływającą z pokuty, i tę wieczną, radosną procesję, w której po przejściu z tego świata pokutujący grzesznik weźmie udział w niebie.

Powyższy tekst jest fragmentem książki Lourdes. Objawienia. Cuda. Nowenny.