Lourdes. Objawienia. Cuda. Nowenny. Rozdział siódmy

Czynności komisji biskupiej

Jeszcze w lipcu 1858 roku utworzona została komisja biskupia, jednakże biskup Laurence zalecił, aby wstrzymała nieco swe czynności, dopóki umysły się nie uspokoją. Poczekać, pomyślał biskup, to nie skompromituje dzieła Bożego, wszak w ręku Boga jest czas i lata. Jakoś następstwa usprawiedliwiły słuszność tego kroku. Po gwałtownych burzach gazeciarskich, po naciskach pana barona, nastąpiła błoga cisza, swoboda, grota dla wszystkich została otwarta. Nie trzeba już było lękać się zgorszenia, zatrzymania przez policję komisji biskupiej, gdy uda się na miejsce objawienia.

Dnia 17 listopada 1858 roku komisja swobodnie udała się do Lourdes. Wezwała Bernadetę. Z wielką skromnością stawiła się pewna siebie, nie zmieszała się wcale widokiem tylu naraz duchownych, których nigdy przedtem nie widziała.

Szczegółowo opowiedziała objawienia i słowa Najświętszej Dziewicy, i żądanie Maryi, aby na tym miejscu wzniesiono ku Jej czci świątynię i nagłe powstanie źródła i nazwę, jaką sobie nadała objawiona Pani: „Niepokalane Poczęcie”. Z powagą pewnego siebie świadka i zarazem z szczerą otwartością dziecka, powiedziała wszystko, co dotyczyło tego nadzwyczajnego zdarzenia. Odpowiedziała jasno na wszystkie pytania, nie zostawiając żadnej wątpliwości w umysłach tych, co ją badali, nie w imię ludzi, ale w imię Kościoła świętego, czystej Oblubienicy Jezusa Chrystusa. Mówiła zaś to, co już wyżej szczegółowo opisaliśmy.

Komisja zwiedziła skały massabielskie, własnymi oczyma ujrzała obfity wytrysk źródła cudownego. Sprawdziła jednozgodnym poświadczeniem mieszkańców, że poprzednio tam wcale nie było źródła, że cudownie wytrysło na oczach mnóstwa obecnych, pod ręką widzącej, w czasie jej zachwytu.

I w Lourdes i w okolicach sprawdziła komisja rzeczywistość nadzwyczajnych uzdrowień, które nastąpiły wskutek użycia wody z groty.

W tej delikatnej sprawie uzdrowień pilnie wypadało zwrócić uwagę na dwie rzeczy: na same wypadki i okoliczności i na to, do jakiego rzędu ten wypadek należy: czy można go zaliczyć do rzędu naturalnych zdarzeń, czy też jest nadprzyrodzony. To ostatnie badanie głównie przynależało do nauki medycznej. Na to wszystko komisja pilną zwracała uwagę.

Przebiegając diecezje: tarbejską, auchską, bajońską, komisja przywoływała i odbierała zeznania od osób, które jej wskazano jako cudownie uleczone. Badała je ściśle, pytała o najdrobniejsze szczegóły ich słabości i uzdrowień, czy nagle, czy powoli wracali do zdrowia. Pytania zadawała według wskazówek podanych przez fachowe świeckie osoby. Aby sprawdzić autentyczność zeznań komisja wzywała rodziców, przyjaciół, sąsiadów i wielu innych świadków świadomych przebiegu zdarzeń, i tych, co najpierw znali chorego, i tych, co byli obecni przy uzdrowieniu i co go później widzieli.

Zebrawszy w całość szczegółowe świadectwa i przyszedłszy do uznania rzeczywistości faktów, poddawała następnie to wszystko pod ocenę dwóch znakomitych i wiarygodnych lekarzy, których wybrała do swego grona. Tymi byli pan Vergés, doktor medycyny przy wodach w Baréges, profesor fakultetu medycznego w Montpellier, i pan Dozous, przez nas wyżej wspomniany, który już poprzednio badał i sprawdzał wiele z tych cudownych zdarzeń.

Każdy z tych doktorów oddzielnie spisywał swą opinię, dawał swe uwagi i oceny, co do własności, natury uzdrowienia i czasami nie przyznawał uleczenia wprost cudowi, ale zwykłemu porządkowi przyrody, albo wyraźnie zaświadczał, że uzdrowienia nie można inaczej wytłumaczyć, tylko przyznając nadprzyrodzone działanie potęgi Bożej, albo wreszcie zostawiał rzecz w zawieszeniu, z nadmienieniem, że ten fakt zbliża się bardziej do przyrodzonego lub nadprzyrodzonego.

Komisja, opierając się na takich danych, na dokładnym rozpoznawaniu i udowodnieniu samego czynu i na świadectwie naukowym co do jego istoty, rozpatrywała najpierw samą sprawę, a potem wraz ze swą opinią i rzeczywistym przekonaniem oraz wszystkimi okolicznościami przedstawiała biskupowi do stanowczej decyzji.

Komisja nie uprzedzała się wcale w swym zdaniu. Przyznając w zasadzie nadprzyrodzone fakty, jakich pełno nam historia przedstawia, pamiętała i o tym, że nic bardziej nie poddaje pod wątpliwość cudów Bożych, niż udawane, zmyślone cuda przez ludzi. Zarówno daleka od przesądzania rzeczy naprzód i zaprzeczania ich przedwcześnie, nie opowiadając się ani za cudem, ani przeciw niemu, ograniczała swą czynność do badania i wyświetlania prawdy. Dla objaśnienia w wielu rzeczach wątpliwych, szukała gdzie tylko mogła światła, wyjaśnienia i świadectwa, działała jawnie, dawała przystęp wierzącym i niewierzącym. Wszystko zaś, co było wątpliwe, niepewne, na samej pogłosce oparte, stanowczo odrzucała.

Każdego z świadków przestrzegała z całą powagą i stanowczością: wpierw, żeby to tylko zeznawał, o czym osobiście jest przekonany, co na własne widział oczy, po drugie, żeby mówił samą prawdę, którą mógłby stwierdzić przysięgą.

Przy takich środkach ostrożności, przy tak roztropnym i oględnym działaniu komisji nie sposób było, aby jakieś udane, zmyślone cuda mogły choćby na chwilę wcisnąć się w jej czynność; tym bardziej było to niepodobne przy tylu nieprzyjaznych umysłach, powstających przeciw faktom nadprzyrodzonym, cudom, śledzących czynności komisji, czyhających na to, aby podchwycić, wykazać wszelki błąd, uniesienie, wątpliwe twierdzenie, wszelkie zjawisko źle wytłumaczone. Wreszcie, każdy mający coś do zarzucenia przeciw jakiemu bądź cudownemu zdarzeniu, otwarte miał pole do stawienia się przed komisją i mógł wnosić swe zarzuty i opozycje.

Przez wiele miesięcy komisja udawała się z miejsca na miejsce do tych wszystkich, o których wiedziano czy to ogólnie, czy też później wskazano jako cudownie uleczonych.

Tym sposobem komisja sprawdziła mnóstwo cudów, wyżej wspomnianych.

Podajemy jeszcze dwa cuda nowe, jakie zaszły w Nay i Tartas po cofnięciu zakazu i otwarciu wstępu do groty.

Cudowne uzdrowienie wdowy Rizau i Marii Moreau de Sazenay

W Nay, gdzie niedawno doznał cudownego uleczenia młody Henryk Busquet, w podeszłym już wieku wdowa Magdalena Rizau była blisko śmierci. Od dwudziestu czterech czy dwudziestu pięciu lat życie jej było jednym pasmem cierpień. Cholera, którą dotkniętą była w 1832 roku pociągnęła za sobą dotkliwe sparaliżowanie lewego boku tak, że bez obcej pomocy podnieść się nie mogła; jedna ręka zupełnie jej uschła. Cierpiała przy tym na chorobę żołądkową, wskutek czego tylko pokarmy płynne podtrzymywały gasnące w niej życie. Febra nieustannie ją dręczyła, ciągle drżała z zimna, nawet w największych upałach. Stan jej, już tak opłakany, pogorszył się jeszcze od półtora roku; lewy bok został zupełnie sparaliżowany, paraliż już chwytał i prawą nogę; członki jej zeschłe nabrzmiały, sama ruszyć się nie mogła. Doktor, pan Talmon, od dawna uznał ją za nieuleczalną i twierdził, że wszelkie lekarstwa mogą tylko pogorszyć stan chorej. Na nieustanne naleganie chorej przepisał drugi lekarz, pan Subervielle, lekarstwo, poznał jego bezskuteczność i oświadczył, że stan chorej jest beznadziejny. Ciągle skurczone leżenie spowodowało dwie rany i kilka miejsc odleżałych. Chora już przyjęła ostatnie sakramenty święte. Przez kilka dni nieustannie czuwano przy niej. W sobotę 16 października gwałtowne pogorszenie zapowiadało stanowczo ostatnie chwile. Ciągle pluła krwią, wyschła zupełnie, oczy stanęły słupem, wydawała ciągłe jęki boleści: „Panie, jak cierpię, czemu umrzeć nie mogę!”. Obecny doktor Subervielle rzekł cicho do jej córki Lubiny: „Jej pragnienie wnet się spełni, już niezadługo wybije ostatnia godzina”. Przyjaciele i sąsiedzi opuścili chorą przy zbliżającej się nocy. Wokoło panowało głuche milczenie, przerywane jedynie bolesnymi jękami chorej, i szeptem beznadziejnych modłów, które zasyłała Lubina do Matki Najświętszej. Wybiła północ. Konająca prosi córkę by jej podała wodę z Lourdes, którą miała przynieść pani Nessans. O świcie pobiegła Lubina do pani Nessans, przyniosła upragnioną wodę i podała ją chorej. Zaledwie przełknęła kilka kropel zawołała: „Ja piję życie, obmyj nią twarz, ręce i całe ciało”. Córka spełniła życzenie chorej matki, która coraz to donośniejszym głosem powtarzała: „Jestem zdrowa!”. Zdrowa, jak dobra jest Matka Najświętsza! Jak potężna! Podaj mi ubranie, ja wstanę. W chwili, kiedy córka poszła po suknie, chora sama podniosła się z łóżka, uklękła przed figurą Matki Najświętszej i dziękowała za uzdrowienie. Lubina przerażona, jakby na widok powstałego z grobu Łazarza, oczom swym wierzyć nie chciała; zawołała głośno z radości tak, że wracający z kościoła sąsiedzi byli przekonani, że płacze nad umarłą matką. Wstępują do domu, by pocieszyć biedną dziewczynę; z przerażenia sami słówka wypowiedzieć nie zdołali, widząc matkę klęczącą u stóp figury Matki Najświętszej, dziękując za uzdrowienie. „Matka Boża mnie wskrzesiła, zawołała do przybywających, Bogu niech będą za to dzięki!” Wieść o cudownym uzdrowieniu pani Rizau rozeszła się lotem błyskawicy po mieście i okolicy. Przez całe dnie odwiedzały tłumy to mieszkanie, w którym Matka Najświętsza objawiła moc swej potęgi; każdy chciał widzieć uzdrowioną.

Na kilka lat przed wypadkiem w Lourdes, w 1843 roku pewna zacna rodzina w Tartas była trapiona wielkim domowym niepokojem. Pani Adela de Chauten, żona pana Moreau de Sazenay, miała wkrótce zostać po raz pierwszy matką. Wezwani doktorzy nie mogli ukryć przed mężem, że chwila nader poważna, i że za skutek pomyślny ręczyć nie mogą. Moreau był wiernym czcicielem Najświętszej Panny, do niej uciekał się z dziecięcia ufnością. Wnet minęło niebezpieczeństwo, Adela została matką pięknej córeczki. Ojciec chcąc okazać wdzięczność dla Matki Najświętszej nadał malutkiej córeczce przy chrzcie świętym imię Maria, mimo, że wiele osób z rodziny sprzeciwiało się temu mocno. Nadto oświadczył, że nie tylko dziecko nosić będzie imię Maria ale przez trzy lata sukienki będą zawsze barwy Matki Najświętszej: białe i błękitne. Kiedy Maria podrosła, oddano ją na wychowanie do zakładu sercanek w Bordeaux. Na początku stycznia 1858 roku dotknięta została ciężką chorobą oczu. Z początku sądzono, że to lekkie zawianie, które wkrótce przejdzie. Wezwany jednak sławny wówczas okulista, pan Bermont, oświadczył, że to paraliż oczu, że jedno oko jest już nie do wyleczenia, a drugie bardzo zaatakowane. Na tę wiadomość zabrali rodzice dziecko do domu, by tam z całą starannością używać wszelkich środków lekarskich, przynajmniej dla ocalenia zagrożonego oka. Co tylko sztuka lekarska wymyślić mogła, okazało się bezskuteczne; stan powoli się pogarszał i zagrażał zupełną ślepotą. Kiedy przygotowali wszystko na wyjazd do Paryża do najbieglejszych lekarzy, wyczytują z dziennika o cudownym uzdrowieniu pani Rizau z Nay – z użyciem wody z groty w Lourdes. Dla stroskanych rodziców zabłysnął promień nadziei. Oto drzwi, do których zapukamy, mówili w swym sercu. Jeżeli Najświętsza Panna pokazała się w Lourdes, nie do Paryża, ale do Matki Najświętszej w Lourdes musimy się udać. Rozpoczęli natychmiast nowennę do Matki Najświętszej z Lourdes i uczynili ślub, że jeżeli Matka Najświętsza pomoże, to odbędą pielgrzymkę do groty i że ich córka przez cały rok nosić będzie szaty białego i błękitnego koloru. Przypadkowo jeden z kapłanów otrzymał butelkę wody z Lourdes i przysłał zmartwionym rodzicom. Chora idąc wieczorem na spoczynek, zawiązała sobie oczy chustką umaczaną w wodzie z Lourdes. Nie bardzo wierzyła w skuteczność; różne przechodziły jej przez głowę myśli, że może ją Matka Najświętsza uleczy i po skończonej nowennie znowu przejrzy, to znowu, że cuda może nie dla niej; te i tym podobne myśli długo nie pozwalały jej zasnąć. Budzi się rano; w serce jej wstąpiła jakaś nadzwyczajna nadzieja. Zdejmuje z oczu chusteczkę i sama sobie nie dowierza, widzi w pokoju wszystko i wyraźnie. Z całej siły woła do swojej siostry: „Marto! Marto! Widzę, jestem zdrowa! Matka Najświętsza mnie uzdrowiła!”. Na jej głos przybywa ojciec z matką. Trudno opisać radość ojca, możemy ją tylko odczuć we własnym sercu. Wszyscy rzucili się na kolana i z całego serca zanoszą do tronu Bogurodzicy hołdy wdzięczności i uwielbienia. Po skończonej nowennie uzdrowiona Maria wraz z rodzicami odbyła pielgrzymkę do Lourdes, aby spełnić ślub. Tam u groty złożyła swe dotychczasowe szaty, a przywdziała inne, koloru białego i błękitnego, które nosiła odtąd do dnia swego ślubu małżeńskiego. Doktor, pan Vermont, opisawszy dokładnie przebieg choroby, kończy tymi słowy: „Nagłe to uleczenie jest ponad wszelką możność i prawdę, ponad wszystkie środki, jakie podać może nauka lekarska”. Zeznanie to z dnia 8 lutego 1859 roku wraz z mnóstwem listów, świadectw i podpisów mieszkańców i burmistrza z Tarlas, złożono w kancelarii biskupiej.

Powyższy tekst jest fragmentem książki Lourdes. Objawienia. Cuda. Nowenny.