Łagodne światło. Rozdział szósty

Mała forteca przysiadła na szczycie góry jak drapieżny ptak. Mówiono, że w bardzo pogodne dni widać morze z wieży strażniczej wychodzącej na zachód, ale nie była to prawda. Można było tylko zobaczyć niekończące się królestwo niebieskozielonych, zielonych, brązowych i szarych wzgórz, łąk i zagajników.

Landulf rozciągał swoje muskularne kończyny w sali – małej replice sali w Rocca Secca, wyłożonej drewnianymi belkami, z ciężkimi krzesłami do siedzenia.

– To będzie strasznie męczące – jęknął.

– Co? – zapytał Reginald, opróżniając czarkę wina. – I dlaczego?

– Monte San Giovanni jest kiepską zamianą za Rocca Secca… albo za Akwin. Jest taka mała. Ledwo tuzin służby na nas wszystkich… żadnej muzyki, oprócz twojej, oczywiście…

– Dziękuję.

– Żadnych minstreli, żadnych uczt, większość naszych przyjaciół jest o setki kilometrów stąd… można by pomyśleć, że jesteśmy oblężeni.

– Bo jesteśmy, bracie – rzekł pogodnie Reginald. – To oczywiste. Jesteśmy w stanie wojny. A nasi wrogowie są liczni: cały zakon dominikański. Nie wiem, ile setek czy tysięcy zawziętych wojowników w czerni i bieli i może papież ze swoją armią duchownych: wszyscy nas ścigają, bo ukradliśmy ich bezcenny klejnot, oczko w głowie, niezastąpionego, niezrównanego brata Tomasza.

– Ty nigdy nie umiesz być poważny, prawda?

– Nie chcę być poważny. Wszyscy inni są. To właśnie powaga tego miejsca cię przygnębia, Landulfie. I może też twoje wyrzuty sumienia.

– Wyrzuty sumienia? Nie mam wyrzutów sumienia. Czemu miałbym mieć?

– Bo wykradłeś naszego drogocennego brata Tomasza, włożyłeś do małej miedzianej butelki, zamknąłeś i zapieczętowałeś pieczęcią Salomona. A teraz jesteś przeklęty: musisz pilnować małej miedzianej butelki, żeby dżin się z niej nie wydostał. A jeśli istnieje coś bardziej męczącego niż pilnowanie zabutelkowanego dżina, nie wiem, co to może być. Nic dziwnego, że czujesz się znużony.

– Mogliśmy równie dobrze zabrać chłopca do Rocca Secca.

– Nie, Landulfie, nie mogliśmy. Nieprzyjemnie jest trzymać członka rodziny w ciemnicy zamku jego przodków.

– W ciemnicy? W wygodnym pokoju w wieży. Dużo lepszym, niż cela, którą by mu dali w jednym z tych ich paskudnych konwentów czy klasztorów.

– Jak zwykle pomijasz istotę sprawy, carissimo. Jego cela jest miejscem, w którym chce przebywać. W pokoju, w którym jest teraz, nie chce. W celi może mieć mało wolności, ale poświęcił tę wolność dobrowolnie. Tutaj zmuszamy go, by żył w sposób, w jaki żyje. Istota sprawy, którą tak elegancko pominąłeś, tkwi w małej kwestii wolności. Ale zmierzałem do czegoś innego: matka nie chce, byśmy rozmawiali o tej sprawie więcej, niż to konieczne. Dlatego tak stanowczo wybrała Monte San Giovanni, gdzie nie przyjmujemy gości. Napij się wina.

– Dziękuję. Wiesz, co mi przyszło do głowy?

– Nie, ale jestem pewien, że mi powiesz, jeśli cię ładnie o to poproszę.

– Powiem ci, czy poprosisz, czy nie. Przyszło mi do głowy, że jesteśmy tutaj więźniami tak samo jak Tomasz.

– Oczywiście – rzekł Reginald, uśmiechając się. – Strażnicy więzienni zawsze nimi są. Ale sądzę, że coś z tym można zrobić.

– Do diabła z tym młodym idiotą – powiedział gniewnie Landulf. – Chciałbym sprawić mu niezłe lanie za szkodę, jaką nam wyrządził. Chciałbym…

Przerwał, gdy hrabina weszła z jedną ze swoich dam.

– A, jesteście tu obaj… to bardzo dobrze. Chcę teraz złożyć wizytę Tomaszowi. Miał tydzień na przemyślenie swojej decyzji w samotności. To powinno wystarczyć. Ale nie spotkam się z nim, dopóki ma na sobie tę niedorzeczną żebraczą szatę. Przyniosłam mu porządne ubranie… Eugenio, proszę, podaj je hrabiemu Landulfowi. Weź to, Landulfie, pójdź do jego pokoju i poproś, by się przebrał. Każ spalić te czarne i białe szmaty. A jeśli będzie się opierał, zmuś go.

Landulf spojrzał na Reginalda.

– Cóż… może będzie się opierał – powiedział z nadzieją w głosie. – Dziękuję, matko, twoje rozkazy będą wykonane co do joty.

Uśmiechając się, wyszedł z pokoju.

– Wiesz, matko – powiedział Reginald – jesteś naprawdę godną podziwu osobą. Szczerze wątpię, czy jakakolwiek inna matka mogłaby czekać cały tydzień na zobaczenie się z synem, ale chciałbym, żeby dziewczęta zanosiły mu jedzenie, nie Landulf lub ja. To wygląda trochę niezręcznie.

– Dobrze, powiem im. Tak naprawdę chodzi ci o to, by mieć więcej czasu dla siebie… że chciałbyś wyjechać i spędzić noc czy dwie poza domem.

– Matko, jesteś genialna.

W tym momencie usłyszeli jakby odgłos łamanego drewna, a potem głos Landulfa, dziwnie stłumiony, ale niewątpliwie wzywający Reginalda.

– Chyba ma kłopoty – stwierdził poeta. – Lepiej zobaczę, co się stało.

Poszedł do pokoju na wieży. Ale hałas nie cichł jeszcze przez dłuższą chwilę. W końcu ustał. Bracia wrócili.

– Święta Madonno – wykrzyknęła hrabina – co się stało?

Nos Landulfa był czerwony i spuchnięty. Krzywiąc się, pocierał głowę, na której nabrzmiewała następna opuchlizna. Włosy i ubranie miał w takim nieładzie, że Eugenia nie mogła powstrzymać śmiechu. A Reginald miał wielkiego czarnego sińca pod okiem.

Obaj dyszeli z wyczerpania. Ale nieśli między sobą coś, co kiedyś było dominikańskim habitem.

– Ogólnie rzecz biorąc – powiedział Reginald do matki – to jest trofeum. Zdobyliśmy je… ale za jaką cenę.

– Chcesz powiedzieć, że Tomasz…?

– Co za mnich… – Landulf jeszcze dyszał. – Nigdy nie widziałem czegoś… podobnego. Uderzył mnie w głowę… krzesłem.

– Biedny Landulf oberwał najgorzej – powiedział poeta. – Zastałem go w dość opłakanym stanie, kiedy wszedłem. Tomasz był na nim, a on nie mógł wstać. Więc ja wkroczyłem do akcji, ale Tomasz uderzył mnie w oko… Masz lustro, matko? Z pewnością pięknie wyglądam. Wszyscy się myliliśmy, matko. Ojciec i ty też: on nigdy nie powinien zostać mnichem. Jest stworzony do miecza. Założę się o wszystko, że rozłupałby Saracena od głowy do stóp jednym ciosem. Oko mnie boli.

– A to wszystko dlatego – sapnął Landulf – że chciałem zdjąć z niego te szmaty, jak mi kazałaś.

– Dosyć, Eugenio – powiedziała hrabina, a dama dworu przestała chichotać. – Możesz już iść. – Potem zwróciła się do Reginalda: – Czy on też jest ranny?

– Szczerze mówiąc, nie wiem – odrzekł Reginald. – Byliśmy pochłonięci walką.

– Mam nadzieję, że jest – rzekł ponuro Landulf.

Odwróciła się bez słowa i wyszła. Pokój w wieży był dość dużym pomieszczeniem. Klucz tkwił po zewnętrznej stronie drzwi.

– Pięknie – powiedział Landulf. Rzucił się na fotel i nalał sobie następną czarkę wina. – W całym swoim życiu nie byłem tak zdumiony. Mnich. A walczy jak berserk.

– Ale jak to się zaczęło?

– Cóż, poprosiłem go o te łachy.

– Grzecznie?

– Cóż…

– Rozumiem.

– A niech to szlag, chciałem sprawić mu lanie.

– Gdybym to wiedział – rzekł Reginald – zostawiłbym cię, byś się udusił we własnym sosie.

– Zasłużył na lanie, czyż nie?

– Być może – powiedział Reginald. – Ale to ty je dostałeś. I ja też. Nie sądzę, by on mocno oberwał. Per Baccho, ten chłopak jest jak wół. A najgorsze…

– Co?

– Cóż, próbowałem nakłonić matkę, by dziewczyny go obsługiwały. Nawet się zgodziła. Chciałem pojechać do Neapolu, by znów się zobaczyć z małą rudą Barbarą.

– Kim do diabła jest mała ruda Barbara?

Jedyne zdrowe oko Reginalda przybrało wyraz rozmarzenia.

– Najpiękniejsza dziewczyna w Neapolu… najsubtelniejsza i najbardziej pociągająca. Niestety, nie tylko ja to odkryłem. Jest w tym bardzo doświadczona. Krótko mówiąc, pół Neapolu leży u jej małych stópek i obawiam się poważnie, że nie tylko u stóp. Ma do ofiarowania więcej niż tylko to i daje to, bracie, daje bardzo hojnie. Miałem nadzieję, że zobaczę ją jutro wieczorem w tym małym, różowym domku tuż za Świętą Agnieszką. A teraz nie mogę.

– Czemu nie?

– Spójrz na mnie! Miną przynajmniej trzy lub cztery dni, nim zejdzie opuchlizna, a nawet wtedy będę miał pod okiem wszystkie kolory tęczy. Wyśmieje mnie.

– Cóż, nie wiem… jeśli jest dziwką, weźmie twoje złoto, nawet gdybyś miał garb jak błazen cesarza.

– Landulfie, Landulfie… – Reginald był zgorszony. – Nie masz prawa mówić w ten sposób o małej, rudej Barbarze. Weźmie złoto, oczywiście. Ale nie będzie się prostytuować w sensie estetycznym. Nie mała ruda Barbara. A ja nie wyobrażam sobie tak się jej pokazać.

– Z czego wnioskuję dwie rzeczy – rzekł Landulf. – Pierwsza, że ona ma dość złota, by wybrzydzać. Druga, że nie ma znaczenia jej poczucie estetyczne, tylko twoje. Albo raczej twoja cholerna próżność. Gdzie, mówiłeś, jest jej dom?

– W… a, rozumiem. Nie, mój bracie, wyglądasz jeszcze gorzej niż ja. W rzeczy samej, wyglądałeś gorzej, niż ja teraz, zanim brat Tomasz zrobił ci z nosa śliwkę i guz na głowie. Ach, mała ruda Barbara. Jakim głupcem byłem, ratując cię przed gniewem brata, Landulfie. Ona jest taka zmienna… czasem jak mała jaszczurka w słońcu, spokojna i leniwa, a kiedy jej dotykasz… już jej nie ma. Czasem namiętna i ognista jak fenicka Astarte, gotowa spalić cię żywcem w płomieniach swej miłości. I daje ci poczucie, że tylko ty jesteś ważny, że nie ma innego mężczyzny we wszechświecie i pęknie jej serce, jeśli ją zostawisz. To ona natchnęła mnie do napisania „Lamento”, jednej z najlepszych moich pieśni, jak wiesz:

„Gia mai non mi comforto
Ne mi vo’ rallegrare
Le navi sono al porto
E vogliono collare
Vassene la piu gente
In terra d’oltra mare
Ed’ io, lassa dolente
Como deg’ io fare?”

– Piękne – powiedział Landulf.

– Zbrodnia i zaraza – wybuchnął Reginald. – A teraz nie mogę jej zobaczyć i przytulić, bo braciszek mnich podbił mi oko.

– W tym wypadku – stwierdził Landulf – słusznie uczynił. Ustrzegł cię od grzechu śmiertelnego, mistrzu. – I uśmiechnął się.

Reginald spojrzał na niego zaskoczony.

– To nie był najlepszy żart.

Nagle obaj podnieśli wzrok. Hrabina wróciła, blada i gniewna, z mocno zaciśniętymi wargami. Minęła ich bez słowa i znikła w korytarzu prowadzącym do jej komnaty.

Reginald uśmiechnął się znacząco.

– Mimo podbitego oka i spuchniętego nosa – powiedział – sądzę, że poszło nam lepiej niż mamie.

***

Trzy siostry prowadziły długą dyskusję, która ma nosić więźniowi jedzenie. Zdecydowały w końcu, że będą to robić kolejno, a Marotta jako najstarsza zaniesie mu najbliższy południowy posiłek. Walczyła o to długo i dość energicznie, ale teraz, gdy dostała talerze z kuchni, trochę się przestraszyła.

– Chyba nie sądzicie, że mnie też uderzy? To znaczy, wydaje mi się, że bardzo się zmienił; kto by pomyślał…?

– Nonsens, Marotto; jeśli się boisz, daj mi to.

– Nie, nie, tylko pytałam. Już idę, już idę.

I weszła z talerzami do jaskini szalonego mnicha.

Jaskinia była całkiem wygodna, z dobrym łóżkiem, dość dużym oknem i nawet z kominkiem. O tej porze roku noce bywały bardzo zimne.

Szalony mnich siedział w wielkim fotelu, czytając Arystotelesa. Chcąc nie chcąc, musiał włożyć ubrania, które wybrała dla niego hrabina – długą zieloną tunikę ze skórzanym pasem haftowanym złotem i zielone aksamitne pantofle.

Podniósł wzrok.

– Marotta? Dobrze cię widzieć.

Uśmiechnęła się, patrząc na niego badawczo.

– Nie zranili cię, prawda?

– Zranili? A, to. – Wyglądał na bardzo zawstydzonego. – Zrobiłem coś strasznego, Marotto. Zapomniałem… zupełnie zapomniałem, że nie wolno mi… walczyłem, jak wiesz.

– Wiem. – Oczy jej zaiskrzyły. – Dobrze się spisałeś.

– Nie, nie… to było haniebne. Ale Landulf przyszedł i próbował zedrzeć ze mnie habit. Dostałem go zaledwie parę dni wcześniej od mego przeora, Tomasza Agni di Lentino, świątobliwego starca… wielbiłabyś go, Marotto… i tyle dla mnie znaczył. A on podarł go na strzępy i ja… uderzyłem go. To mnie jednak czegoś nauczyło.

– Czego cię nauczyło, Tomaszu?

– Dlaczego tu jestem. Dlaczego Bóg na to pozwolił.

– Powinieneś teraz zjeść, Tomaszu. Wystygnie.

Zjadł posłusznie. Ale widziała, że nie wie, co je. Stał się bardzo dziwny, pomyślała. Czuła, jakby mówił do niej z daleka, a ten dystans w niewytłumaczalny sposób budził w niej lęk. Przysunęła się bliżej i pogłaskała jego lśniące ciemnobrązowe włosy, tonsurę, którą zostawił mu zakon. Ależ on miał wielką głowę.

– Powiedz mi, Tomaszu… co masz na myśli? Dlaczego Bóg na to pozwolił? Chcę zrozumieć.

Spojrzał na nią z powagą. Była najstarszą i z pewnością najmilszą z jego sióstr, podobną do niego w jakiś szczególny sposób: tak jakby jego własna nieśmiała łagodność została wlana w filigranową kobiecą postać z głębokimi, zamyślonymi oczami i bladymi ustami o stanowczym wyrazie.

– Powiem ci, Marotto: szliśmy do Paryża, inni mnisi i ja. Nigdy w całym swoim życiu nie byłem taki szczęśliwy. Zamierzałem uczyć się i pracować, a każde z tych słów oznacza zbieranie skarbów na chwałę Boga i zakonu. Wtedy oni przyszli, zatrzymali mnie i zmusili do powrotu. I choć się modliłem: „Niech się stanie wola Twoja”, nie mogłem powstrzymać wzbierającego we mnie jak fala pytania: „Dlaczego Bóg na to pozwolił?”.

– Ale to pewnie często się zdarza, Tomaszu… że nie rozumiemy, dlaczego Bóg pozwala, by to czy tamto się zdarzyło?

– Tak. Ale teraz rozumiem. To nie z powodu winy matki czy przemocy Landulfa i Reginalda. To z powodu mojej własnej niedoskonałości. Bóg jeszcze mnie nie chce.

W jej oczach pojawiły się łzy.

– Jedno z nas zachowuje się bardzo niemądrze – powiedziała łamiącym się głosem. – To chyba ja.

Potem uciekła.

– Nie uderzył cię, prawda? – zapytała z zaciekawieniem Adelazja.

Marotta przebiegła obok niej bez odpowiedzi.

Oślepiona łzami, omal nie zderzyła się z Robinem Cherrywoodem, który wyszedł z piwnicy, by iść na wartę.

– Coś się stało, szlachetna pani?

– Nie – załkała Marotta.

– Rozumiem – odrzekł Robin. – Może nie byłoby źle, gdybyś opowiedziała o tym staremu wojakowi. Może znajdzie się jakieś lekarstwo… nigdy nie wiadomo.

Potrząsnęła głową.

– Chodzi o mojego brata Tomasza. Zabrali mu habit, a teraz on jest… myśli, że Bóg go nie chce. Och, Robinie, nigdy nie widziałam tyle nieszczęścia na czyjejś twarzy jak wtedy, gdy mówił, że Bóg go nie chce.

– Hm, hm… a gdzie jest teraz ten habit?

– Och, podarty na strzępy… ma go Adelazja. Już po nim… same szmaty.

– Hm, hm… wiesz co… daj mi te szmaty; tak, tak, wiem, że nie da się ich naprawić, ale daj mi je i tak. A jeśli uda się coś zrobić… czy obiecasz, że nikomu o tym nie powiesz? Dobrze.

W godzinę później na murze Piers zobaczył coś czarno-białego wystającego spod zbroi jego giermka.

– Co tam masz, Robinie?

– Mnisi habit, panie.

– Nie powiesz mi, że zamierzasz się tym zająć, Robinie?

– Niezupełnie, panie. To jego habit, jak wiesz… zdarli go z niego. – Robin zachichotał. – Dał im go jak należy. A jednak nie byłby z niego taki zły żołnierz.

– Co za hańba, Robinie. Żałuję, że braliśmy udział w tym sprowadzeniu go do domu.

– Prawda, panie. Jeśli mężczyzna chce zostać zakonnikiem, czemu mu nie pozwolić? Człowiek będzie dobry tylko w tym, co lubi. Nie powinni też zdzierać z niego habitu. To jak złamanie miecza rycerzowi. Tak się nie robi.

– Całkiem słusznie, Robinie. I będę rad, kiedy nasz czas tutaj się skończy.

– To nie mogłoby się zdarzyć w Anglii. Ale widząc, że się stało, może, gdybym… to znaczy.

– O co ci właściwie chodzi, Robinie?

Robin szukał słów. Szmaty nie nadawały się do naprawy. Ale powinno być więcej materiału, z którego zostały wydarte, prawda? A w dole, po lewej stronie, tuż za krzakami oleandrów, widać było biało-czarną plamę. Widział ją wcześniej… tam! Ale trzymali oczywiście wartę, jego pan i on.

Piers rzucił szybkie spojrzenie w stronę, o której wspomniał Robin, i zaczął rozumieć.

– Oczywiście – powiedział niedbałym tonem. – Mamy wartę. Sądzę, że pójdę popatrzeć na drugą stronę. – I odszedł.

Robin zachichotał. Odczekał stosownie, aż pan zniknie mu z oczu. Potem wyjął habit i zaczął nim gwałtownie wywijać.

Po jakichś pięciu minutach biało-czarna plama zaczęła się przybliżać. Robin nie przestawał machać.

Czarno-biały kształt okazał się dominikańskim mnichem, patrzącym z zaciekawieniem w górę. Wciąż był za daleko, by porozumieć się z nim w inny sposób… ale też żaden inny sposób nie byłby zalecany w tych okolicznościach.

Robin machał jeszcze przez chwilę. Potem pokazał habit mnichowi… zobacz… cały zniszczony… w strzępach… i przerzucił go przez mur. Ku jego radości zakonnik podszedł i zabrał go. Teraz Robin zaczął wykonywać gesty tak proste, że zrozumiałoby je nawet dziecko. Rozłożył swoje wielkie ręce, jak gdyby chciał dostać habit z powrotem… spojrzał na słońce, a potem pokazał mnichowi obie dłonie z rozstawionymi palcami… dziesięć, tak, dziesięć…i jeszcze jeden, kciuk… jedenaście. Znowu gest, jakby próbował odzyskać habit.

Ku swej bezbrzeżnej satysfakcji zobaczył, że mnich uśmiecha się i kiwa głową, po czym szybko oddala. W chwilę potem zniknął w krzakach.

Piers wrócił niespiesznie trochę później.

– Nic nowego, panie – zameldował rozpromieniony Robin.

Piers dojrzał, że czarno-biały przedmiot nie wystaje już spod jego zbroi. Czarno-biała plama za krzewami oleandrów też chyba znikła.

– Bardzo dobrze, Robinie – powiedział spokojnie.

***

Tak się złożyło, że przez kilka dni Robin pełnił wartę na murze późnym wieczorem… aż do północy. Trzeciego wieczora zobaczył to, na co czekał. Dał znak pochodnią. W kilka minut później rozpoznał poruszające się cienie. Dominikanie… dwaj… powoli unieśli bardzo długą tyczkę, na końcu której przyczepione było coś czarno-białego. Coraz wyżej wędrowała ta Boża flaga, aż ukazała się na murze.

***

Landulf, zmieniony na twarzy, wpadł do pokoju hrabiny.

– Matko, nie podoba mi się to.

– Co?

– Właśnie sprawdziłem pokój Tomasza. On… ma swój habit z powrotem.

– Co?

– Mówię ci, ma go z powrotem. Włożył go. Czy myślisz… czy myślisz, że to czary?

Reginald, który siedział w kącie i przebierał palcami po strunach lutni, zaczął chichotać.

– Gorzej – odrzekła hrabina. – To zdrada. – Sięgnęła do małego srebrnego dzwonka. Kto to zrobił? Dziewczęta? To najbardziej prawdopodobne. W każdym razie, musiały to widzieć, kiedy przyniosły mu ostatni posiłek. Nikt inny nie był od tego czasu w jego pokoju. A one o tym jej nie powiedziały. Więc najprawdopodobniej dziewczęta. Tak czy inaczej kręciły się ciągle koło pokoju w wieży. Zawołać sir Piersa, wysłać kilku ludzi do jego pokoju, by ściągnęli z niego tę szatę po raz drugi. A w trzy dni później powtórzy się to samo? Nie. Odłożyła dzwonek. – Niech błazen nosi strój błazna, jeśli tak go lubi – powiedziała z gniewnym uśmiechem.

– Wspaniale – stwierdził Reginald ze swego kąta. Zagrał krótką kadencję na swojej lutni. – Masz nadal spuchnięty nos, Landulfie, prawda? A moje oko jest teraz w stadium żółtobrązowym. A to wszystko na nic. Wiesz, matko… chyba popełniliśmy błąd. Powinniśmy byli mu pozwolić odejść i zrobić, co zechce.

– Nigdy – rzekła hrabina.

– Nie wiem… dziwnie się czuję z tym wszystkim. Poczciwy stary Landulf nie pomylił się tak bardzo z tymi czarami. Odbiliśmy go z jego nic nie wartego zakonu, to prawda. Ale to zmieniło nasze życie. Zamiast siedzieć swobodnie w Rocca Secca, zagrzebaliśmy się tu w Monte San Giovanni z minimalnymi wygodami. A wszystko, co robimy, zdaje się kręcić wokół pokoju w wieży. Nigdy nie zwracaliśmy większej uwagi na Tomasza. A teraz jest w centrum wszystkich naszych działań. A ja ci mówię, matko… kiedy go tu przywieźliśmy, miałem bardzo dziwne uczucie. Wydawało mi się tak niedorzeczne, że nikomu o tym nie mówiłem. Ale teraz… teraz lepiej ci powiem. Czułem, że przywozimy konia trojańskiego.

– Idiotyzm – powiedziała hrabina. – On zmieni zdanie.

– Matko, rozmawiałaś z nim dotąd kilkanaście razy… no, może kilka. Czy ustąpił choć o milimetr? Nie, siedzi tam jak nadęta żaba, nic nie mówi i nie rusza się. Dziewczęta prawie zagadały się na śmierć. Żadnych efektów. Nie możemy go tam trzymać do końca życia, prawda?

– Nigdy się nie zgodzę na to szaleństwo, Reginaldzie. A ja jestem głową rodziny. W rzeczy samej, cieszę się z tego, co powiedział Landulf. To dobry znak. To oznacza, że Tomasz wciąż jest dzieckiem. Chce tylko swego dominikańskiego habitu. My możemy ustąpić w tej kwestii… on ustąpi w sprawie zasadniczej. Napiszę do papieża, powiem o tym i poproszę, by dał mu prawo noszenia tego głupiego habitu jako opatowi Monte Cassino.

***

Sinibaldo Fieschi, hrabia Lavagni, czyli papież Innocenty IV, otrzymał list od hrabiny w tydzień później, w swoim małym jak cela gabinecie w Lateranie. Podał go swojemu sekretarzowi.

– Przyznamy mu to prawo – powiedział. – W jego głosie brzmiał cień irytacji.

– Bardzo dobrze, wasza świątobliwość.

Sekretarz oddalił się, a papież powrócił do rozmyślań, które na krótko przerwała hrabina. Pokój… a jednak pokój. Rozmowy z ludźmi Fryderyka trwały tygodniami, z Della Vigną, z Tadeuszem z Suessy, z arcybiskupem Berardem.

Okropne negocjacje z gładkimi, pełnymi ironii mężczyznami, których układne maniery przykrywały głęboką wrogość. Nie, nie tylko wrogość. Gdyby tylko nie było nic prócz wrogości. Ale pod spodem kryła się zdrada, subtelna i szydercza, jak żywa istota, którą można było niemal uchwycić rękami.

Umowy, traktaty z takimi ludźmi… co były warte?

Wystarczająco źle było słuchać Della Vigni przedstawiającego wielorakie korzyści płynące z pokoju, wyliczającego je po kolei na palcach i przez to odbierającego im sens; Della Vigna, czarnobrody i skośnooki, człowiek, który natchnąłby wielkiego artystę do namalowania Judasza Iskarioty, ale najwierniejsza z kreatur Fryderyka, dla którego cesarz był święty i więcej niż święty. Mówił o Fryderyku tak, jak muzułmanin mówi o Mahomecie, z wiarą równie godną podziwu, jak niewłaściwie ulokowaną, i ze źle skrywaną pogardą dla niewiernego. Złamałby bez najmniejszych skrupułów każdą przysięgę, gdyby miało to służyć sprawie cesarza. Wystarczająco źle było słuchać Della Vigni.

Ale najgorsza niewątpliwie była ta wielka, niezdarna góra mięsa, arcybiskup Berard z Palermo, który pomagał Fryderykowi od samego początku i dzielił z nim ekskomunikę. Tu przynajmniej należało oczekiwać prawdziwej skruchy, spowodowanej przynajmniej przez żal niedoskonały, jeśli nie przez doskonały. Ale on targował się z Bogiem i świętym Piotrem tak, jak odrażający staruch próbowałby się targować z księdzem w konfesjonale o swoje ulubione występki. Nie mógłby zachować tego, a przynajmniej tamtego? Czy musi pozbyć się wszystkich? Cesarz oczywiście mianował go „głową Kościoła sycylijskiego”, jak gdyby miał prawo czynić to, co należało do Ojca Świętego i nikogo więcej. Bał się „degradacji”, zamiast obawiać się o swoją duszę. Tacy dostojnicy kościelni sprawiali, że człowiek bardziej niż kiedykolwiek wierzył w konieczność istnienia zakonów żebraczych. Mówiono… i wiedział o tym z pewnego źródła… że jego wielki imiennik Innocenty III śnił o świętym Franciszku podtrzymującym, jak katolicki Atlas, kościół i pałac Świętego Jana na Lateranie, i że uważał swój sen za proroczy. Może taki był.

Jak szczęśliwie być franciszkaninem lub dominikaninem, chwalić Boga przez cały dzień, studiować i pisać na Jego chwałę i nie musieć mieć do czynienia z takimi żmijami i padalcami. I jeszcze jedno: pokój był pilną potrzebą stulecia. Nie można poświęcać zasad. Ale można i trzeba dojść do najdalszych granic, by doprowadzić do pokoju.

Ogłoszono już rozejm. I negocjacje, dzięki Bogu, zdawały się zmierzać w stronę rozwiązania. Była nadzieja. Nareszcie była nadzieja…

Zaczął się cicho modlić.

***

Trzy siostry jakoś nigdy nie przyzwyczaiły się do swego brata- więźnia. Wślizgnięcie się do pokoju w wieży było zawsze swego rodzaju wydarzeniem, chociaż on często po prostu czytał wtedy książkę. To nie był rozmyślny znak, że nie chce, by mu przeszkadzano. Był całkowicie nieświadomy czyjejś obecności.

Teodora nie mogła tego znieść. Przemawiała zwykle do niego, póki nie odpowiedział. Albo po prostu wyjmowała mu książkę z ręki i mówiła: – Opowiedz mi coś – jak gdyby była dzieckiem, a Tomasz jej dziadkiem. Spełniał z powagą jej prośbę i mówił o tym, co właśnie czytał. Po kilku minutach poddawała się.

– Jesteś dla mnie za głęboki, braciszku mnichu.

Ale on nigdy się z tym nie godził. Zaczynał od nowa, w prostszy sposób, aż musiała przyznać, że jednak wszystko pojęła. Adelazja też była poddawana lekturze fragmentów z Arystotelesa i Piotra Lombarda.

Z Marottą jednak było inaczej, choć przychodziła częściej niż pozostałe dwie. Siadała zwykle koło niego na łóżku albo nawet na podłodze u jego stóp i pozostawała tak przez pół godziny lub dłużej, nie mówiąc ani słowa. Adelazja, która nieraz ją obserwowała, zapytała kiedyś wprost, dlaczego to robi, a Marotta odpowiedziała bez wahania:

– Bo tu jest spokój.

Ale czasem mówił do niej i słuchała go z szeroko otwartymi oczami, a jej drobna, łagodna twarz była niezwykle poważna.

Potem zadawała pytania, zwykle bardzo związane z tematem.

Opowiadał jej o świętym Dominiku i świętym Franciszku. Kiedy mówił o świętym Benedykcie, zdawało jej się, że wyczuwa w jego głosie odcień smutku.

– Czy nie żałujesz, że go opuściłeś, Tomaszu? Lubię go najbardziej ze wszystkich świętych, o których mi opowiadałeś.

Nastąpiła długa cisza.

– Nie, Marotto. Nie żałuję. Ale szkoda…

– Powiedz mi – naciskała łagodnie. – Czuję… że powinnam wiedzieć.

– Nie wybrałem benedyktynów, Marotto. Ojciec wybrał ich za mnie, kiedy miałem pięć lat. Odkąd się dowiedziałem, czym zajmuje się zakon dominikanów, odkryłem, że tam jest moje miejsce. Wiąże się z tym dużo więcej, ale to są sprawy, o których nie mogę powiedzieć nawet tobie, moja droga. Jestem tam, gdzie chce mnie Bóg: dominikanin, jeszcze rozłączony ze swoimi braćmi. Niemniej, przez moje odejście zostało puste miejsce wśród dzieci świętego Benedykta i to jest to, czego żałuję.

Po długiej chwili powiedziała:

– Z pewnością bardzo trudno być mnichem… albo zakonnicą.

Uśmiechnął się do niej.

– Tak sądzisz? Wiele dziewcząt stara się być pięknymi od zewnątrz i aby to osiągnąć, wyrzekają się piękna wewnętrznego. Tymczasem zakonnica stara się być piękna od wewnątrz, a przez to osiąga piękno całkowite.

Potrząsnęła głową.

– Bycie zakonnikiem lub zakonnicą z pewnością oznacza dążenie do świętości. A święty musi być niezwykle prawy.

– Jest inna droga, Marotto – powiedział z nieoczekiwaną powagą. – Świętość jest doskonałą miłością. Wszystkie cnoty są tylko skutkiem tej miłości.

Milczeli przez chwilę.

Potem Marotta wstała.

– Nigdy nie mogłabym zostać zakonnicą – powiedziała niemal ze złością i wybiegła z pokoju.

Patrzył za nią, trochę zaskoczony. Potem znów wziął książkę. Po chwili zupełnie zapomniał o siostrze.

cdn.

Louis de Wohl

Powyższy tekst jest fragmentem książki Louisa de Wohla Łagodne światło.