Monsignore Robert Hugh Benson (1871–1914), cz. 1

Wcześnie osiągnąwszy doskonałość, przeżył czasów wiele – Mdr 4, 13.

W biografii o tak ograniczonej objętości nie da się oddać sprawiedliwości jej bohaterowi. Zdołał on dokonać tak wiele w niezwykle krótkim czasie, jego działania były tak wielostronne, był tak powszechnie znany, tyle można by o nim powiedzieć, co z konieczności musi pozostać niewypowiedziane, że mogę tu przedstawić jedynie krótki zarys jego życia, a następnie opisać kilka jego niepospolitych cech. Celem niniejszej krótkiej prezentacji życia człowieka, który przeleciał jak meteor przez nieboskłon Kościoła, będzie zainteresowanie czytelników osobą Roberta Hugh Bensona, księdza Kościoła katolickiego. Mam nadzieję, że zachęci ich to do bardziej szczegółowego studiowania jego interesującej osobowości poprzez lekturę oficjalnej biografii, która ma się w swoim czasie ukazać, a przede wszystkim poprzez lekturę licznych pism, które jego wszechstronny geniusz pozostawił dla potomności.

Czytelnik zobaczy, że osobowość autora jest widoczna na kartach tych dzieł – jego szczerość, jego niechęć do hipokryzji i konwencjonalizmu, jego nieufność wobec uczuć jako rzetelnego przewodnika ludzkiego postępowania, cudowna siła jego wyobraźni i instynkt dramatyczny, jego zdolność przenikliwej obserwacji, jego nienawiść do ostentacji, jego gorliwość wobec dusz. Czytelnik znajdzie też w owych książkach ślad człowieka modlitwy, który uznaje, że jedność z Bogiem jest największym dziełem człowieka w życiu doczesnym – czy osiągniemy tę jedność poprzez wierne wypełnianie obowiązków tego stanu, w którym żyjemy, za fundament mając modlitwę, czy też osiągniemy ją – jak w przypadku tych, którzy są do tego powołani – poprzez życie kontemplacyjne. Robert Hugh Benson był człowiekiem modlitwy, o tyle że modlitwa stanowiła podstawę jego życia pełnego wytężonej aktywności i pomagała mu iść naprzód z sercem apostoła, ogłaszając Kościół katolicki autentycznym interpretatorem Bożego objawienia dla ludzi oraz wyznaczonym przez Boga środkiem uleczenia rozłamu pomiędzy Bogiem a Jego stworzeniami. Być może nie będzie od rzeczy uczynić tutaj kilka uwag na temat mistycyzmu, ponieważ jest on bardzo wyraźnie widoczny w pismach Bensona, jak również dlatego, że jest to przedmiot wielu nieporozumień.

Powszechnie uważa się, że mistyk jest bezużytecznym marzycielem, zawsze oderwanym od ziemi i niezdolnym do jakiegokolwiek praktycznego zainteresowania ziemskimi sprawami. Nie taki jest jednak pogląd Kościoła katolickiego. Kościół rozpoznaje w mistycyzmie siłę napędową, która pobudza do rzeczywistych działań, jak w przypadku tak reprezentatywnych mistyków jak św. Franciszek Salezy, św. Teresa z Avili i św. Katarzyna ze Sieny, których życie było tak intensywne dzięki ich świadomemu postrzeganiu Bożej obecności. Kościół nie uczy, że wszyscy mistycy są świętymi. Może bowiem równie dobrze zdarzyć się tak, że prawdziwe mistyczne doświadczenie, chociaż nadprzyrodzone, idzie w parze z życiem świętości, która nie osiąga wzniosłych wyżyn heroicznej cnoty, a na tym polega prawdziwa świętość. Jednak Kościół rozpoznaje w mistycyzmie potężny czynnik dla aktywnego życia jednostek.

Jeśli używamy doświadczenia mistycznego, aby wskazać na świadomy, osobisty kontakt z Bogiem, zatem mistyk jest tym, który przeszedł niższe stopnie modlitwy i osiągnął ten stopień, który jest nazywany modlitwą kontemplacyjną. Nie ma potrzeby podawać opisu ogólnie przyjętych podziałów modlitwy, tak jak zostały one sklasyfikowane przez uznanych nauczycieli Kościoła katolickiego, ponieważ istnieje wiele klasycznych opracowań naukowych na temat modlitwy, pośród których jednym z najbardziej znanych jest Twierdza wewnętrzna św. Teresy, z jej siedmioma różnymi mieszkaniami. Można jednak zwrócić uwagę na pogląd utrzymywany przez nauczycieli posiadających pewien autorytet, że modlitwa kontemplacyjna jest w zasięgu wszystkich. Ten pogląd, który z pewnością można zalecać, został wyraźnie uwypuklony w nowym dziele, w którym autor wspiera swoje wnioski nauczaniem czterech największych nauczycieli modlitwy w Kościele, wszystkich czworga kanonizowanych świętych, z których dwoje było jednocześnie wielkimi teologami i doktorami Kościoła – św. Teresy, św. Jana od Krzyża, św. Tomasza z Akwinu i św. Franciszka Salezego. Zgodnie z tym poglądem, „ci, którzy modlą się poważnie i pragną całkowicie oddać się Bogu poprzez zupełne oderwanie od świata, zazwyczaj wchodzą na drogę kontemplacyjną” (1).

Na pytanie, dlaczego stosunkowo niewielu osiąga kontemplację, można udzielić odpowiedzi słowami św. Jana od Krzyża: „ponieważ jedynie kilku jest gotowych wejść w pustkę i w całkowite oderwanie ducha” (2). Aby otrzymać od Boga łaski konieczne do kontemplacji, trzeba być wiernym różnym praktykom życia duchowego, medytacji, umartwieniu i wyrzeczeniu się siebie, ale jeśli to przygotowanie „jest dokonane z wiarą, Bóg – chyba że wchodzi tu w grę jakiś zupełnie wyjątkowy cel – nigdy nie zawiedzie, w odpowiednim czasie udzielając specjalnych łask, umożliwiających danej osobie kontemplację” (3).

Istnieją różne poziomy modlitwy kontemplacyjnej, a jeśli stosunkowo niewielu osiąga najniższy poziom, o wiele mniej liczni są ci, których cechuje dostateczny heroizm, aby osiągnąć wyższe. Jednak kontemplacja nie jest zasadniczo „niczym innym, jak miłującą, prostą i stałą uwagą ducha wobec spraw Bożych” (4), obejmującą pewną świadomość obecności Boga. „Och! Jak szczęśliwa jest dusza, która w cichości swego serca, z miłością zachowuje święte uczucie obecności Boga… Teraz, kiedy mówię tutaj o świętym uczuciu obecności Boga, rozumiem przez to nie uczucie zmysłowe, ale takie, które zamieszkuje na szczycie i w najwyższym punkcie ducha, gdzie niebiańska miłość panuje i prowadzi swoje główne ćwiczenia” (5).

Zatem dusza, która osiąga kontemplację, dochodzi w modlitwie do pewnej świadomości obecności Boga i zgodnie z uwypuklonym tutaj nauczaniem, „kontemplacja stanowi normalny cel życia duchowego” (6), chociaż można ją osiągnąć jedynie kosztem trudu i wyrzeczenia się siebie, innymi słowy, poprzez wierne wcielanie w życie ćwiczeń życia duchowego, bowiem „gdybyśmy mieli opisać przygotowanie, któremu musi się poddać dusza dla osiągnięcia kontemplacji, byłby potrzebny cały traktat o ascetyzmie” (7).

Jednak duszę, która przeszła niższe poziomy modlitwy i osiągnęła stan kontemplacji, przenika energia pochodząca z nadprzyrodzonego źródła, co manifestuje się w aktywnym działaniu dla Boga. Jeśli taka dusza żyje w świecie, czuje się przynaglona, aby ofiarnie pracować dla Boga, i zakładam, że tak właśnie było w przypadku Roberta Hugh Bensona. Tu medytacja przeszła w modlitwę o większej prostocie, co, jak sądzę, można zauważyć w jego pismach, a fakt, że był żarliwym orędownikiem modlitwy, wydaje się być jedną z charakterystycznych cech jego życia. Można to wywnioskować z jego książek i zostało formalnie wyrażone w przedmowie, którą napisał do dzieła o modlitwie: „Istnieje jeden najwyższy sposób uświęcenia się, który… jest dostępny praktycznie wszędzie dla dusz, które tego pragną, a jest to Droga Modlitwy… Jeśli choć jedna rzecz jest absolutnie jasna, zarówno w dogmatycznym, jak i w ascetycznym nauczania Kościoła, to jest to fakt, że życie modlitwy, zmierzające do doskonałości, znajduje się w zasięgu każdego gorliwego chrześcijanina” (8).

***

Robert Hugh Benson urodził się 16 października 1871 roku w Wellington College, gdzie jego ojciec, który ostatecznie został arcybiskupem Canterbury, był dyrektorem. Był najmłodszym z sześciorga dzieci, z których dwoje, Arthur i Frederick, wyróżniło się później – tak jak on sam – w dziedzinie literatury. Pewne interesujące szczegóły z jego dzieciństwa zostały nam podane przez pierwszego z braci w bardzo sympatycznej biografii zatytułowanej Hugh. Z pewnością w owych wczesnych latach Benson nie wykazywał, jak się wydawało, żadnych wyjątkowych zdolności. „Ogólnie rzecz biorąc – pisze jego brat – nazwałbym go w tamtym czasie bystrym, pomysłowym dzieckiem o aktywnym umyśle, całkowicie nie sentymentalnym. Chciał próbować swoich sił w różnych dziedzinach, ale był niecierpliwy i zmienny, nigdy nie podejmował żadnego trudu i w konsekwencji nigdy nie robił niczego dobrze”.

W 1885 roku Benson zdobył stypendium do Eton i we wrześniu poszedł do tej szkoły, w której jego starszy brat Arthur był w tym czasie nauczycielem. Po trzech czy czterech latach zdecydował, że chce ubiegać się o posadę w Indian Civil Service (9), i aby zyskać większe szanse na sukces, został przeniesiony z Eton do placówki oświatowej Wrena w Londynie. Nie wiadomo, czy Benson brał na serio przygotowania do wstąpienia do Indian Civil Service. Jakkolwiek, kiedy latem 1890 roku podszedł do egzaminów i nie zdał ich, podjęto decyzję, że pójdzie do Trinity College w Cambridge, aby studiować nauki humanistyczne. Nie wydaje się, żeby pracował zbyt ciężko ani żeby wykazywał jakieś większe intelektualne zdolności. Zdecydowawszy ostatecznie o przyjęciu święceń, w 1892 roku poszedł studiować u dziekana Vaughana w Llandaff i został wyświęcony na diakona przez swego ojca w kościele parafialnym w Croydon w 1894 roku. Rozpoczął pracę duchownego w misji Eton i w 1895 roku otrzymał pełne święcenia, ale pod koniec 1896 roku jego zdrowie załamało się i wyjechał wraz z matką i siostrą na zimę do Egiptu.

To właśnie wtedy Benson zaczął mieć wątpliwości co do Kościoła anglikańskiego. Zdał sobie sprawę, jak mało ten Kościół liczy się za granicą. Wydawał się być czymś, co Anglicy nieśli wraz z sobą, gdziekolwiek szli, tak jak indyjska gumowa wanna – żeby użyć jego własnego, nieco lekceważącego porównania. Kościół anglikański zdawał się dość obcy w kraju, w którym został zaszczepiony. Kiedy natomiast Benson wszedł do kościoła katolickiego w wiosce w Egipcie, uderzył go kontrast. Był to ubogi, mały budynek z cegły mułowej, jednak wydawał się w tak oczywisty sposób częścią tego miejsca, że po raz pierwszy Benson pomyślał poważnie, iż Rzym może, mimo wszystko, mieć rację. Te niewygodne uczucia pogłębiały się w miarę, jak podróżował do domu przez Palestynę, ale rok, który spędził później w Kemsing jako wikary, jakoś złagodził jego niepokoje. Powziął wtedy decyzję o prowadzeniu życia zakonnego i został przyjęty jako nowicjusz do wspólnoty Community of the Resurrection w Mirfield. Pierwsze dwa lata upłynęły mu głównie na studiowaniu i ostatecznie w lipcu 1901 roku złożył śluby.

Benson miał spędzić w Mirfield jeszcze dwa lata, z których pierwszy rok minął dość szczęśliwie, później jednak dawne trudności powróciły i to w takim nasileniu, że z początkiem lata 1903 roku opuścił wspólnotę i we wrześniu tego samego roku został przyjęty do Kościoła katolickiego.

Pozostawił nam relację (10) z poszczególnych etapów, które doprowadziły do jego konwersji, i może dobrze będzie krótko ją streścić. Stopniowo zaczął dostrzegać „potrzebę Kościoła Nauczającego, aby zachować i interpretować prawdy chrześcijaństwa dla każdego kolejnego pokolenia”, i zobaczył też, że ten sam Kościół Nauczający musi mieć swój własny pogląd w odniesieniu do powierzonego mu skarbu. Kiedy jednak zastanawiał się nad Kościołem anglikańskim, zdawał sobie sprawę, że nie odpowiada on jego oczekiwaniom. W Kościele anglikańskim dopuszczano rozmaite poglądy na pewne zasadnicze kwestie, takie jak np. sakrament pokuty. On sam był przekonany, że sakrament ten jest kluczowy dla przebaczenia grzechów śmiertelnych i że stanowi integralną część systemu sakramentalnego ustanowionego przez Jezusa Chrystusa. Chociaż ten pogląd tolerowano, „praktycznie wszyscy biskupi negowali go, a niektórzy także moc rozgrzeszenia”. Innymi słowy, Benson nauczał po prostu swojej prywatnej opinii w kwestii, która – zdaniem Kościoła anglikańskiego – była nieokreślona. Benson widział, że błędne jest poleganie na spisanych zbiorach formuł, które można interpretować na więcej niż jeden sposób, bez żyjącego autorytetu, który określiłby ich prawdziwe znaczenie, i że Kościół, który „odwołuje się wyłącznie do dawnych, spisanych słów, nie może być niczym innym, jak tylko – w najlepszym wypadku – społecznością antykwariuszy”. W tym konkretnym przypadku sakramentu pokuty Benson pragnął wiedzieć, czy może, czy nie może nauczać penitentów, że są zobowiązani wyspowiadać się z grzechów śmiertelnych przed przyjęciem Komunii, ale nie mógł uzyskać satysfakcjonującej odpowiedzi. To była tylko jedna z wielu spraw, gnębiło go bowiem wiele innych pytań, dla których nie mógł uzyskać ostatecznej wykładni nauczania od Kościoła anglikańskiego. Używając jego słów: „Widziałem wokół mnie Kościół, który, nawet jeśli do przyjęcia w teorii, był nie do przyjęcia w praktyce”. Z drugiej strony, ujrzał Kościół katolicki, który z pewnością znał swój własny pogląd i który naucza ł z najbardziej pokrzepiającą jasnością w sprawach, które go dręczyły, jednak istniały pewne trudności na drodze do przyjęcia jego twierdzeń, takie jak definicja Niepokalanego Poczęcia w XIX wieku oraz prawa papieskie.

Wydawało się, że Bensonowi nie pozostaje nic innego, jak zanurkować na oślep w oszałamiający gąszcz sporów i poczytać, co zwolennicy i przeciwnicy Kościoła katolickiego mają do powiedzenia w tej kwestii. Stopniowo zaczął uświadamiać sobie rzeczy, z których nigdy przedtem nie zdawał sobie sprawy. Jedną z nich było stwierdzenie, że prawdziwy Kościół Chrystusa nie może być wyłącznie sprawą intelektu, ponieważ w przeciwnym razie nieuczeni i nierozgarnięci znaleźliby się w niekorzystnej sytuacji w kwestii zbawienia. „Pokora i szczerość motywacji, jak to teraz widziałem, były daleko ważniejsze niż nauczanie patrystyczne.” Słowa Naszego Pana zyskały w tym świetle nową i niespodziewaną głębię znaczenia: „Jeśli się nie odmienicie i nie staniecie jak dzieci, nie wejdziecie do królestwa niebieskiego” (Mt 18, 31). Zaczął się modlić bardziej żarliwie niż kiedykolwiek o światło i na tym etapie podróży pewne książki pomogły mu zwłaszcza „przełamać z jednej strony określone trudności, które stały pomiędzy mną a Rzymem, a z drugiej – ostatnie pozostałości teorii, która trzymała mnie przy Kościele anglikańskim”. Te książki to Doctrine and Doctrinal Disruption Mallocka, England and the Holy See Spencera Jonesa oraz O rozwoju doktryny chrześcijańskiej Newmana, z których ostatnia „jak czarodziej rozwiała unoszące się mgły i pozwoliła mi zobaczyć Miasto Boga w jego mocy i pięknie”. Benson zobaczył Kościół katolicki jako prawdziwy Kościół wieków, stojący „na niewzruszonym fundamencie Ewangelii”. Rozpoznał go jako mistyczną Oblubienicę Chrystusa, a trudności, jedna po drugiej, zaczęły topnieć, kiedy spoglądał w jego twarz. A potem odwrócił się i spojrzał ponownie na Kościół anglikański i oto jaka niezwykła zmiana. „Nie było tak, że stał mi się on niemiły… Miał setkę cnót, delikatną mowę i romantyczną duszę. Wokół niego unosił się przyjemny aromat. Był nieskończenie patetyczny i wzruszający. Miał tę zaletę, że zamieszkiwał w cienistym półmroku swej własnej nieokreśloności, we wspaniałych domach, nawet jeśli nie przez niego zbudowanych. Miał pewne urocze sposoby, ładne środki wyrazu. Jego muzyka i język wciąż wydają mi się wyjątkowo piękne. Przede wszystkim jednak, jest on troskliwą matką dla wielu moich najlepszych przyjaciół i przez ponad trzydzieści lat z pobłażliwą dobroci ą wychowywał i troszczył się także o mnie. Tam zatem stał on, moja dawna pani, patetyczny i kochający, roszcząc sobie do mnie prawo, jako do swego sługi poprzez wszelkie ludzkie więzi. Zaś po drugiej stronie, w blasku niepohamowanego światła, stała Oblubienica Chrystusa, dominująca i władcza, ale z takim spojrzeniem w oczach i uśmiechem na ustach, które mogły pochodzić tylko z niebiańskiej wizji, roszcząc sobie do mnie prawo, nie dlatego, że coś już dla mnie zrobiła, nie dlatego, że byłem Anglikiem, który uwielbia angielskie drogi – czy nawet włoskie, jeśli o to idzie – ale jedynie dlatego, że byłem dzieckiem Boga, i ponieważ do niej powiedział Bóg: «Weź to dziecko i wykarm je dla mnie, a ja dam ci za to zapłatę», ponieważ, po pierwsze i po ostatnie, była Jego Oblubienicą, a ja byłem Jego synem”. Innymi słowy, przekonał się on teraz o prawdzie twierdzeń Kościoła katolickiego i wobec tego czuł, że jego obowiązkiem jest zerwać swój związek ze wspólnotą w Mirfield. Miesiące, które upłynęły po tym, jak opuścił Mirfield, a zanim został przyjęty do Kościoła katolickiego, Benson spędził w Tremans, ustronnym domu swej matki w Horsted Keynes w Sussex. Doszedł do wniosku, że jego obowiązkiem jest zostać katolikiem, i ujawnił to matce, przed którą nie miał tajemnic, ale na jej prośbę wstrzymał się, aby dać sobie czas na zmianę, jeśli taka nastąpi. Spędził ten okres na pisaniu powieści historycznej By What Authority?, zajęciu, które nie tylko okazało się być wentylem bezpieczeństwa dla jego poddawanego dotkliwym próbom ducha, ale też pozwoliło mu zobaczyć wyraźniej niż kiedykolwiek, że wspólnota anglikańska nie ma jedności życia z dawnym Kościołem w Anglii. Na początku września powieść była ukończona w trzech czwartych, a 11 września jej autor został przyjęty do Kościoła katolickiego w Woodchester przez ojca Reginalda Bucklera OP.

Benson wyjechał z Anglii do Rzymu w Dzień Wszystkich Świętych 1903 roku, a przed wyjazdem miał jeszcze tę satysfakcję, że dokonał ostatecznych poprawek swojej pierwszej powieści By What Authority?. Rok później wrócił do Anglii, jako należycie wyświęcony ksiądz Kościoła katolickiego i niebawem osiadł w Cambridge, gdzie zamieszkał z monsignore (11) Barnesem w Llandaff House. Spędził w Cambridge dwa czy trzy lata, ale zaczął zdawać sobie sprawę, że jego praca idzie bardziej w kierunku pisania i głoszenia kazań, niż czysto duszpasterskich obowiązków. Co więcej, zaczął właśnie uzyskiwać dochód ze swoich książek i dzięki temu mógł wcielić w życie projekt, który kształtował się w jego umyśle. Zaproponował, że znajdzie sobie dom w jakimś odludnym miejscu, gdzie nic nie będzie mu przeszkadzać i gdzie będzie mógł czytać i pisać, a od czasu do czasu wyjeżdżać głosić kazania, kiedy nadarzy się ku temu okazja. „Mała, późnogotycka kaplica i bielony domek obok niej to właśnie to, czego teraz chcę”, pisał w tamtym okresie. „Musi być w jakimś miłym i ukrytym miejscu – najlepiej w Kornwalii” (12). Efektem był zakup domu w małej wiosce Hare Street, niedaleko Buntingford, gdzie Benson spędził ostatnie siedem lat życia (13).

Hare Street House pod numerem 15 to dom w dawnym stylu, stojący nieco w oddaleniu od głównej drogi, która przebiega przez wioskę. Front stanowi późniejszy dodatek, ale sam budynek datowany jest na czasy Tudorów. Kiedy Benson go kupił, od dawna nie był zamieszkany, więc posiadłość była praktycznie pustkowiem. Zanim zmarł, została przekształcona i naznaczona jego własną, szczególną indywidualnością. Rozplanował teren tak, aby zadowolić swój gust, a jednym z jego ostatnich działań w tym kierunku było zaprojektowanie ogrodu różanego na tyłach domu – pomysł, którego realizacja miała się rozpocząć po jego powrocie z wizyty w Salford, która okazała się ostatnią. Za domem znalazł stary browar i piekarnię. Ten pierwszy przekształcił w kaplicę, piekarnię zburzył i zbudował na nowo w znacznie mniejszej skali jako zakrystię. Łuk tęczowy postał z jednej z ciężkich belek browaru, z figurą na górze, wyrzeźbioną przez samego Bensona i jego przyjaciela, z drzewa jednej z lip z ogrodu. Także jeśli chodzi o inne elementy wyposażenia kapliczki, sam właściciel albo bezpośrednio przykładał do nich rękę, albo były one wynikiem jego sugestii. Tak samo z domem – gdziekolwiek się człowiek obróci, znajdzie ślady właściciela. Jeśli wejdziesz do uroczego gabinetu, gdzie zazwyczaj pisał, zobaczysz wszędzie dookoła, na ścianach powyżej boazerii, wyszukany gobelin przedstawiający różne osoby, w tym jego samego, w poszukiwaniu Świętego Graala. Postaci, które zostały wycięte przez przyjaciela-artystę, przyszyto do tła, a całą pracę przy gobelinie wykonał właściciel. Jeśli przejdziesz z gabinetu do biblioteki, znajdziesz podobne ślady jego działalności w wyborze i układzie książek, które stoją wzdłuż ścian w szeregach. A gdy pójdziesz na górę, znajdziesz w środkowej sypialni kolejny gobelin przedstawiający w pewnym sensie makabryczny temat: „Śmierć” – znowu koncepcja i wykonanie dzieła Bensona. Jeśli zapytasz o historię jakiegokolwiek przedmiotu, który cię zainteresuje, otrzymasz niemal zawsze tę samą odpowiedź, że właściciel domu wykonał go sam, albo że miał udział w jego powstaniu, albo że miał jakiś szczególny pomysł z nim związany. Z pewnością nigdy nie było miejsca bardziej naznaczonego indywidualnością jakiegoś człowieka niż Hare Street House i ziemia wokół niego są naznaczone indywidualnością Bensona.

Wioska w Hertfordshire stała się więc domem tego utalentowanego człowieka, a Hare Street House stał się centrum wpływów, które dały się odczuć nie tylko jak Anglia długa i szeroka, ale także w bardziej odległych miejscach. Przy trzech różnych okazjach Benson wyjeżdżał do Rzymu, aby głosić tam serie kazań i trzy razy odwiedził Amerykę, aby dawać wykłady i głosić kazania. Jednak, co dość naturalne, jego najbardziej intensywne działania ograniczały się do Anglii. Nieustannie coś robił – to głosząc kazania tu, to gdzieś wykładając czy głosząc rekolekcje w jakimś klasztorze, a jednak kiedy wracał do Hare Street House, znajdował czas, aby pisać książkę za książką i aby zajmować się ogromną korespondencją. Trudno sobie wyobrazić, w jaki sposób ktokolwiek mógł wykonywać tyle pracy, ale w Bensonie istniała siłą napędowa, która pchała go i podtrzymywała, i pozwalała mu pracować bez przerwy w stanie najwyższego napięcia.

Na około rok przed śmiercią pisał: „Moim obowiązkiem jest zmobilizować się i wygospodarować czas oraz wszystko inne właśnie teraz, kiedy jestem na samym skraju moich możliwości”. Właśnie tak pracował – na samym skraju swoich możliwości – i utrzymał to ogromne tempo przyspieszenia do końca, kiedy działająca na najwyższych obrotach maszyna całkowicie się popsuła, a Benson zmarł w wieku, gdy większość ludzi osiąga pełnię swoich sił, wycieńczony przez własną niespożytą i nieposkromioną energię. Wydaje się, że zakładał, iż jego najlepsza praca ma być wykonana przed ukończeniem czterdziestu lat i że musi do tego czasu eksploatować się jak biegacz, który wie, że ma do przebiegnięcia pewien dystans i musi biec na granicy możliwości aż do momentu, kiedy przerwie taśmę. Udało mu się zrealizować ten cel, a kiedy zmarł, w wieku czterdziestu dwóch lat, żeby użyć metafory lekkoatlety, wyeksploatował się tak, że aż nastąpił zastój. „Każdego dzieła, które twa ręka napotka, podejmij się według twych sił” (Koh 9, 10) i z pewnością była to prawda w odniesieniu do Bensona. Opieramy to na świadectwie tych, którzy go znali, że cokolwiek czynił, czynił to z pewną skoncentrowaną energią, dzięki czemu było widać, że jest w to zaangażowany sercem i duszą. Czy to była książka czy list, czy zabawa czy rozmowa, poświęcał temu całą swoją uwagę i każdego, kto kiedykolwiek słyszał, jak głosił kazanie, ta jego cecha musiała uderzać.

Dłoń śmierci powaliła go w samym środku intensywnych działań i umarł tak, jak żył, do końca z jasnym umysłem. Wydaje się, że ten aspekt śmierci Bensona zrobił wrażenie na jego bracie, który był przy nim i który zapisał swoje odczucia w następujących, pełnych wyrazu słowach: „To było naprawdę cudowne! Wydawało mi się to wtedy, w tamtym momencie, bardziej osobliwe niż smutne. Był sobą do samego końca: żadnego osłabienia energii, żadnej uległości, żadnego upokorzenia, z całą swą dawną uprzejmością i troskliwością, i opanowaniem – to jedyne słowo, jakiego mogę użyć. Uświadomiłem sobie, że my byliśmy tylko widzami i że on dowodził całą sceną. Śpieszył się umrzeć i odszedł tak, jak zawsze to robił, wprost od jednego ukończonego zadania do kolejnego, które na niego czekało. To nie przypominało końca. To było tak, jakby skręcił za róg i szedł dalej, poza zasięgiem wzroku, ale wciąż bez wątpienia tam obecny. Przypominało to jak śmierć żołnierza albo rycerza w swej spokojnej odwadze, we wspaniałym spotkaniu twarzą w twarz z sytuacją ostateczną, w swej imponującej determinacji, aby doświadczyć, z otwartymi oczami i czujnie, tej mrocznej przeprawy” (14).

Benson zmarł w Bishop’s House, w Salford, 19 października 1914 roku, w wieku czterdziestu dwóch lat i jedenastu miesięcy. Pojechał tam w sobotę, 10 października, aby poprowadzić drugą serię kazań, które głosił w katedrze w Salford w październiku. W poniedziałek, 12 października, był tak chory, że nie mógł opuścić Salford i wszystkie pilne zobowiązania zostały anulowane. Kilka dni później dołączyło zapalenie płuc, a ponieważ jego serce nie było wystarczająco silne, aby znieść to obciążenie, odszedł nad ranem w następny poniedziałek.

Znaleziono dokument ze wskazówkami, stwierdzający, iż chciałby być pochowany w Hare Street House. Przewieziono tam zatem jego ciało i w piątek, 23 października, po uroczystym Requiem w małej kaplicy, został złożony na wieczny spoczynek we własnym sadzie, niedaleko wzniesionej przez siebie Kalwarii. Wydaje się, że jest w tym pewna stosowność, iż ten, który był żywą duszą Hare Street House, został pochowany w tym właśnie miejscu, które tak kochał i na którym odcisnął tak wspaniale piętno swej wybitnej indywidualności.

Ks. Allan Ross

(1) E. Lamballe, Mystical Contemplation, s. 4 i 51.

(2) Droga na Górę Karmel, ks. I, rozdz. VII.

(3) Mystical Contemplation, s. 90.

(4) Św. Franciszek Salezy, Traktat o miłości Bożej, ks. VI, rozdz. III.

(5) Ibid., ks. VII, rozdz. I.

(6) Mystical Contemplation, s. 98.

(7) Ibid., s. 100.

(8) Thesaurus Fidelium, s. VII.

(9) Indian Civil Service – urzędnicy administracji kolonialnej w Indiach pod panowaniem brytyjskim.

(10) Wyznania konwertyty, Sandomierz 2007, z którego pochodzą cytaty na dalszych stronach. Zobacz też: Miasto położone na górze, Sandomierz 2007.

(11) Monsignore – stosowany od 1630 roku tytuł kapelanów, szambelanów i prałatów papieskich.

(12) Hugh, s 153.

(13) Opis tego domu znajduje się w Oddsfish!.

(14) Hugh, s. 591.

Powyższy tekst jest wprowadzeniem do książki ks. Roberta Hugh Bensona Fenomen Lourdes.