Jakobini. Rozdział jedenasty

– Tak, dramat rewolucyjny rozdaje swoje role szczególnego rodzaju aktorom i aktorkom – mówił Desmoulins – bo nie może wybierać. Zuchwalstwo, nienawiść i fanatyzm są głównymi sprężynami jego akcji, nie wszyscy zaś przyzwoici ludzie umieją zdobyć się na zuchwalstwo i nienawiść.

– Czy koniecznie potrzeba zuchwalstwa i nienawiści do stworzenia wielkiego, pięknego dzieła wolności? – rzekł Grandjean.

– Koniecznie, mój drogi. Tylko fanatyzm, zuchwalstwo i nienawiść umieją bezwzględnie druzgotać, w rewolucjach zaś trzeba druzgotać bez miłosierdzia. Ale ty, Armandzie, nie rozumiesz się na tym. Ty zawsze byłeś marzycielem, poetą, twoja ładna, dobra dusza posuwała się miękkimi, estetycznymi ruchami białego łabędzia po gładkiej, cichej fali pobłażliwości. Jakże ułożył się twój stosunek z panną Ireną Legrand? Spodziewałem się już tej zimy służyć ci za drużbę.

– Polityka stanęła w drodze Hymenowi (1).

– Polityka? Papa Legrand nie jest przecież szlachcicem, żeby go twoje przekonania patriotyczne mogły powstrzymać od udzielenia wam błogosławieństwa ojcowskiego.

– Ale jest umiarkowanym, moderantem, monarchistą.

– Aaaa. Nie wiedziałem, że ta nowa zaraza arystokratyczna objęła prowincję aż tak namiętnym uściskiem. Umiarkowani, moderanci, nowi arystokraci, nowi czarni, zdrajcy ojczyzny i narodu. Już nam się zdawało, że skończyliśmy herkulesową robotę, że uprzątnęliśmy augiaszową stajnię Francji z wszelkiego gnoju szlacheckiego i księżego, a tymczasem gromadzą się świeże nieczystości. Trzeba się będzie rozprawić z tym nowym wstecznictwem.

Kiedy to Desmoulins mówił, jego usta wydłużyły się jak morda psa, który chce ukąsić. W jego skośnych oczach zamigotały żółte błyski złośliwych myśli.

– Bę-bę-będzie no-nowa przyjemna robota – mówił przyciszonym głosem, uśmiechając się do swoich złych myśli.

Do kawiarni wszedł człowiek niskiego wzrostu, szczupły, kościsty. Ubrany w pudrowaną perukę, w niebieski surdut, w żółtą kamizelkę, w żółte pantalony, w białe pończochy i w trzewiki zamknięte srebrnymi sprzączkami, był od czuba do pięt (2) tak czysty, wymuskany jak woskowa lalka wystawiona w oknie fryzjera. Poprawności jego doskonale uprasowanego, batystowego krawatu i świeżych, koronkowych żabotów nie psuła ani jedna niepotrzebna fałdka, na jego surducie nawet mikroskop nie odnalazłby najlżejszej plamki.

Idąc trzymał się prosto ze sztywnością urodzonego pedanta, stąpał z góry, tępo, jak gdyby miał drewniane nogi, szedł wolno z powagą kwakra, bez elastyczności lat młodych.

Z przesadną, sztuczną uprzejmością uchylił kapelusza, przywitał się z Desmoulinsem i Grandjeanem i poprosiwszy ich o pozwolenie, zajął obok nich miejsce.

Maksymilian de Robespierre!…

Był kolegą Desmoulinsa i Grandjeana z liceum Ludwika Wielkiego, gdzie kształcił się na prawnika, na adwokata, z łaski hojności biskupa arraskiego (3).

– Szukałem cię – rzekł do Grandjeana oschłym głosem śledziennika (4). – Chciałem się od ciebie dowiedzieć trochę szczegółów o usposobieniu prowincji. Podobno bardzo się tam rozmnożyli moderanci?

Z wielką uwagą słuchał sprawozdania Grandjeana, gryząc paznokcie prawej ręki. Od czasu do czasu spoglądał na niego spod czoła, spod przymrużonych powiek podejrzliwym, nieufnym wzrokiem kota. Wówczas w jego zielonkawych oczach, osadzonych głęboko w orbitach, mignął ostry błysk szlifowanego szkła. Skóra na jego wysokim czole, zeszpeconym nadmiernymi wypukłościami powyżej skroni, muskuły na jego twarzy chudej, żółtej, chorobliwie bladej, ciągle się ruszały, kurczyły i rozprężały.

Widać było, że z wielkim wysiłkiem pracuje mózgiem, że wolno porządkuje rzucane przez Armanda myśli i spostrzeżenia. I, rzecz niezwykła, rzadka u człowieka, jego uszy także się ruszały, wykręcały w stronę głosu, jak u zwierzęcia.

– Sprawozdanie z dzisiejszego posiedzenia Zgromadzenia trochę przerazi zdradę moderantów – odezwał się Desmoulins, kiedy zamilkł Grandjean. – Jak sądzisz Maksymilianie?

Robespierre, skryty, nieufający nikomu prócz sobie, nie miał zwyczaju dopuszczania do tajników swoich myśli nawet przyjaciół.

– Zobaczymy – mruknął, dotykając palcem krótkiego, zadartego nosa. – U ciebie w domu wszystko dobrze, Kamilku? Pani Lucylla zdrowa i zawsze niezmiennie miła, kochająca?

Żywy blask szczerej radości opromienił żółtą, pokurczoną twarz Desmoulinsa, spłoszył z niej złośliwe uśmiechy satyra (5).

– Nie mogę nadziękować się geniuszowi rewolucji, że dał mi taką dobrą, ukochaną żonę – mówił ciepłym głosem. – Bez rewolucji, bez wzięcia Bastylii, bez aureoli sławy, jaką mnie uwieńczył dzień dwunastego lipca, nigdy nie byłbym mężem mojej najdroższej Lucylli, nie zaznałbym najwyższego szczęścia prawdziwej miłości. Dzięki ci za to szczęście, geniuszu rewolucji!

A ociekły krwią, owiany łuną pożarów geniusz rewolucji stał w tej chwili za nim i szeptał mu do ucha:

„Strzeż się Robespierra, uciekaj od niego, od przyjaciela z ławy szkolnej, albowiem on, ten twój przyjaciel, ten twój drużba ślubny, wkrótce zamorduje ciebie i twoją ukochaną Lucyllę, osieroci twoje dziecko”.

– Bardzo się cieszę z twojego szczęścia, Kamilku – mówił Robespierre suchym głosem nudnego bakałarza. – Ty wiesz, że życzę ci jak najlepiej, że kocham cię, jak jedynie kocha się towarzysza pierwszych radości i pierwszych złudzeń lat wiosennych.

– Nigdy ani na chwilę nie wątpiłem o twojej szczerej przyjaźni, Maksymilianie.

Gdyby Desmoulins spostrzegł błysk mściwej zazdrości, jaki zaświecił w kocich oczach Robespierre’a, kiedy mówił o swojej „aureoli sławy”, miałby się odtąd na baczności przed takim przyjacielem. Ale nie widział tego błysku, cały zajęty myślą o swojej ukochanej Lucylli.

– Za długo jednak pijesz z kielicha miłości, za długo odpoczywasz w uroczym, zacisznym domku, w Bourg-là-Reine. Miłość odurza, upaja, łamie energię męską, rozleniwia, a nam potrzeba twojego pióra, twojej satyry, twojej żółci – mówił Robespierre. – Nikt z takim dowcipem jak ty nie umie ośmieszyć naszych przeciwników i denuncjować zdrajców. Wróć do roboty, generalny prokuratorze latarni! Ty kołyszesz się w miękkich objęciach miłości, a my tu, w Paryżu, upadamy pod nadmiernym ciężarem pracy. Na długo przybyłeś do stolicy?

– Tylko na tydzień.

– Koniecznie wracaj do swojego urzędu, prokuratorze latarni.

– Koniecznie wracaj do swojego urzędu – odezwał się obok nich głos tura.

Danton wszedł do kawiarni i usiadł obok przyjaciół, nie zadając sobie trudu proszenia ich o pozwolenie zajęcia miejsca. Usiadłszy okrakiem na krześle, mówił:

– Słusznie przypomina ci Robespierre obowiązki prokuratora latarni, Kamilku. Dosyć już napatrzyłeś się w ładne ślepka pani Lucylli i nacałowałeś się jej słodkiego buziaka. Jesteś nam w Paryżu potrzebny.

Robespierre spojrzał na Dantona zazdrosnym wzrokiem karła, którego upokarzają, przygniatają ogromne rozmiary olbrzyma.

– Muszę panów pożegnać – rzekł ze swoją sztuczną uprzejmością, z fałszywym uśmiechem na ustach. – Mówię dziś jeszcze u jakobinów. Do widzenia.

– Dobrze, że poszedł sobie ten nudziarz – odezwał się Danton po wyjściu Robespierre’a. – Zanudziłby nas swoją obłudną gadaniną. U tego człowieka wszystko jest sztuczne, robione, począwszy od przesadnej elegancji, skończywszy na purytańskiej cnocie. L’incorruptible (6), chytry lis, wie jak bierze się głupców na lep taniej cnoty.

– Uprzedzasz się do Robespierre’a, Jerzy – bronił przyjaciela Desmoulins. – To dobry patriota, całą duszą oddany sprawie narodu.

– Tchórz! Pamiętasz, jak ta małpa dygotała ze strachu, kiedy urządziliśmy ową szopkę na placu Marsa, jak kryła się po piwnicach, po lochach, razem z tą ropuchą Maratem, bojąc się o swoją żółtą, wątrobianą skórę? Nie lubię tchórzy.

– I ja zaszyłem się w bezpieczny kąt po krwawej łaźni, jaką ci zbrodniarze Lafayette i Bailly – dlaczego nie zawiśli dotąd na latarni? – sprawili narodowi – mówił Desmoulins.

– Bo i w twoich żyłach, mój ty prokuratorze latarni, płynie żółć zamiast gorącej krwi; tylko się zaraz nie gniewaj, wiesz, że cię kocham; raz tylko jeden, dwunastego lipca, zdobyłeś się na odwagę czynu i tak zmęczyłeś się tą odwagą, że odpoczywasz po niej do dnia dzisiejszego. Zresztą ta odwaga opłaciła ci się sowicie. Dała ci śliczną żonkę, sto tysięcy liwrów posagu w gotówce i uroczą siedzibę letnią.

– Jesteś zawsze taki niegrzeczny, Jerzy…

– Obraziłem cię? Przepraszam cię, ale nie dlatego, że cię obraziłem, bo wiesz, że kpię sobie z wszelkich dziecinnych drażliwości i honoru ancien régime’u, ale tylko dlatego, że cię kocham. Jacy wy jesteście wszyscy zabawni! Mówicie ciągle o naturze, a obraża was prawda. Przecież prawda to natura.

Ogród „pałacu królewskiego” zmienił się tymczasem w salę balową. Przekupki i kokoty tańczyły pod gołym niebem z robotnikami i żołnierzami gwardii narodowej. Między jednym tańcem a drugim, jakiś patriota stawał na krześle, na stole, na zrębie basenów, wdrapywał się na drzewo i uczył naród wolności. Nauka ta polegała na podniecaniu nienawiści tłumu do arystokratów, księży, starszego mieszczaństwa, do posiadających i na schlebianiu jego najniższym instynktom.

Ta złowroga, posępna, krwią przepojona nauka, trwała już trzeci rok. Od połowy 1789 roku w duszę ludu paryskiego lał się z różnych improwizowanych mównic jad nienawiści i zawiści, kropla po kropli, aż zatruł tę duszę wesołą, śmiejącą się nawet z własnej nędzy. Potrzeba było tylko odważnego wodza, który wziąłby ten rozgoryczony lud w potężną rękę i rzucił go na resztki, na gruzy dawnego porządku! Pójdzie za nim wszędzie, choćby na Tuilerie, zamorduje każdego, choćby nawet króla.

Ten wódz układał już plan ostatniego, stanowczego zamachu na koronę. Chmura czarnych myśli objęła szpetną głowę Dantona.

– O czym tak myślisz? – zapytał Desmoulins.

Danton podniósł głowę, spojrzał na Kamila nieprzytomnymi oczami, przetarł oczy jak gdyby ocknął się z półsnu i odparł:

– Dowiesz się o tym, gdy przyjdzie czas. A teraz, jeśli możesz, pożycz mi sto franków, bo jestem goły jak student w końcu miesiąca.

Grandjean, zapłaciwszy swój rachunek, opuścił Palais-Royal. Szedł wolno źle oświeconą, źle brukowaną ulicą Świętego Honoriusza. Sklepy były już pozamykane. Tylko szynki i winiarnie żyły jeszcze gwarem zmieszanych głosów, świeciły brudnym blaskiem łojówek. Jakiś pijak w czerwonej czapce zataczał się na chodniku, bijąc mury domów laską i mamrocząc:

– Precz z tyranem… tygrysem… niech żyje latarnia!

Grandjean szedł z opuszczoną głową. Coś płakało, z cicha łkało w jego „ładnej, dobrej” duszy. Od chwili, kiedy wrócił do Paryża, wszędzie dokoła siebie: w kawiarniach, restauracjach, na ulicy, w klubie, w Zgromadzeniu Prawodawczym słyszał podniesione, namiętne głosy nieprzejednanej nienawiści.

Dlaczego, do kogo?

I on żył dotąd nienawiścią, z chwilą jednak, kiedy Irena objęła go tak gorąco, z takim pełnym oddaniem pierwszej miłości, kiedy młodość uwieńczyła go swoimi najpiękniejszymi, najwonniejszymi kwiatami, zbladły, złagodniały jaskrawe barwy jego nienawiści politycznych. Co jeszcze kilka tygodni temu nazywał „sprawiedliwym gniewem narodu”, dziś robiło na nim wrażenie dzikiego krzyku jakiejś dzikiej bestii, która wydobyła się z żelaznej klatki.

Czego chcą ci agitatorzy, ci mówcy klubowi, dlaczego bezustannie wrzeszczą jak opętam? Konstytucja była zaprzysiężoną, przewrót dokonany, dawny porządek, obrażający godność ludzką, krępujący swobodę człowieka, obalony… Wystarczało rozszerzyć konstytucję, poświęcić w niej więcej miejsca ludowi, pomyśleć o jego ubóstwie, o jego nędzy, a tego dzieła można dokonać na drodze prawodawczej, bez odwoływania się do pomocy barbarzyńskich namiętności motłochu.

Rezonując (7) w ten sposób, Grandjean nie spostrzegł się, że sprzeniewierzał się programowi jakobinów, a zbliżał się do moderantów.

Przechodził obok Tuileriów…

Pogrążony w ciemnościach pałac królewski robił wrażenie ogromnego mauzoleum. Cmentarna cisza wiała nad domem „dzieci Francji” więzionych przez naród francuski od dwóch lat, strzeżonych przez gwardię narodową z podejrzliwością policjanta.

Grandjean przystanął. I on jeszcze niedawno złorzeczył królowi, nazywał go po ucieczce zdrajcą, zbrodniarzem, a po aresztowaniu w Varennes (8) cieszył się, że ujęto „tygrysa, Nerona (9)”. Dopiero teraz jego serce zapytało: „Za co nienawidziłem tego dobrego, uległego człowieka?”. Że po namyśle zgodził się na wszystko, czego żądał od niego naród, że ucieczką usiłował przeciąć sieć bezustannych zniewag i upokorzeń, jaką go oplotła bezwzględność rewolucji? Nie potrzeba być dziedzicem długiego szeregu dumnych władców, aby sobie sprzykrzyć poniewierkę przegranej bitwy. Nawet pies urwie się z łańcucha, gdy stróż będzie go bił od rana do wieczora.

Grandjean zdjął kapelusz przed Tuileriami.

– Przepraszam cię, Ludwiku, za moją nierozumną nienawiść – mówił szeptem.

Coś płakało, łkało z cicha w jego „ładnej, dobrej” duszy, a z tym płaczem, z tym łkaniem z jego serca spływał jad nienawiści.

Tylko jedno okno świeciło się w Tuileriach. Za tym oknem, w swoim gabinecie stał przy biurku Ludwik XVI i przeglądał listę nowych posłów.

– Gdybym ja wezwał do rady koronnej takich doradców, naród by mnie wygwizdał, nazwał głupcem – mówił do siebie. – Ale narodowi wszystko wolno.

Gorzko się uśmiechnął.

Już nie był tym naiwnym optymistą sprzed dwóch lat, który wierzył nawet kłamcy, nawet oszustowi. Rewolucja postarała się o to, aby nauczyć go znajomości ludzi.

Uczciwy, prawy, dobry, skromny w swoich potrzebach osobistych, oszczędny, wzorowy ojciec i mąż, łaskawy król, nabożny, jedyny może mężczyzna czystych obyczajów na dworze wersalskim, jedyny, który w epoce bez Boga i cnoty domowej, nazywał grzech grzechem, rozpustę rozpustą, szczerze kochał swój naród, pragnął jego szczęścia. „Upragnionym Ludwikiem, dobrym Ludwikiem”, nazywała go Francja.

W innych czasach, w czasach pokoju, byłby błogosławieństwem swojego narodu. Ale los rzucił go w huragan rewolucji, kazał mu prowadzić ster porysowanego, trzeszczącego okrętu miotanego straszliwą wichurą na pieniących się falach rozkołysanej burzy. Los umieścił go na samym szczycie, na obryzganym pianą grzbiecie tych fal, a nie dał mu środków do zapanowania nad ich wściekłością, nie dał mu energii, szybkiej myśli i szybkiego czynu. Gorąca przez osiemset lat krew Burbonów ostygła w nim, wyczerpana przez szereg wieków energia nerwowa wielkich królów, wielkich wodzów, wielkich prawodawców obwisła w nim, rozprzęgła się jak zepsuta sprężyna; szybka myśl i wola twórców, budowniczych jednolitej Francji, osłabła w nim, zgnuśniała.

Dobry, zacny Ludwik XVI nie urodził się władcą, królem, wodzem; był za słaby i myślał za wolno na czasy burzliwe.

Kiedy tak stał przy biurku, wysoki, otyły, ociężały, robił wrażenie zamożnego szlachcica wiejskiego, który utył w dobrobycie i bezczynności wsi. Miał wprawdzie charakterystyczną głowę Burbonów: ich duże, niebieskie, wyraziste oczy, ich profil i orli nos, ale ta głowa nie podnosiła się dumnym ruchem władcy, z tych oczu, połyskujących wilgotnym blaskiem, nie tryskał ogień żywego temperamentu, tych lekko rozchylonych ust nie zamykała energia.

Garnął się do swojego narodu z całą dobrocią dobrego serca, swoją łaską królewską łagodził surowość sądów. Naród nazywał go za to wdzięcznie: „dobry, sprawiedliwy, upragniony”. Gdzie się tylko pokazał, witano go okrzykami: „Niech żyje nasz dobry król!”.

Ale przyszła rewolucja, namiętności polityczne odjęły najrozważniejszym głowom rozwagę, najsprawiedliwszym sercom poczucie sprawiedliwości. Ludwik doświadczył na sobie zmienności kapryśnej łaski tłumów.

Nie umiejąc oprzeć się potężnemu prądowi, który podmywał jego powagę królewską – za dobry, za słaby, za wolno myślący – nie umiejąc skierować tego prądu w łożysko spokojnej ewolucji prawodawczej, zawsze ostatecznie ulegał woli ruchu wywrotowego, ustępował, godził się na wszystko, a za to ogłoszono go „tyranem, tygrysem, Neronem”. Taki Desmoulins, adwokacina bez klientów, nazywał jego, króla, w swoich jadowitych artykułach: „tym wielkim królem-głupkiem, wielkim ludożercą, tą królewską bestią, ostatnim z panów Kapetyngów”, a Zgromadzenie Narodowe nie uważało nawet za potrzebne ująć się za honorem uznanego przez konstytucję naczelnika władzy wykonawczej. Pierwszy lepszy skryba brukowego świstka ostrzył sobie pióro na jego pomazanej głowie, na sercu pokonanego monarchy, a naród bawił się trywialnymi dowcipami lekkomyślnych gazeciarzy.

Ludwik nie był już tym naiwnym optymistą sprzed dwóch lat, który wierzył nawet kłamcy, nawet oszustowi. Napił się on z szumiącego kielicha rewolucji tyle mętów upokorzenia, widział dokoła siebie tyle nienawiści i niskich ambicji, iż przestał wierzyć w „dobroć narodu”.

Jego dawniej zawsze życzliwie uśmiechnięte usta przestały się uśmiechać, obwisły w kącikach, z których sączyła się gorycz.

Kokoty paryskie, przekupki i męty przedmieść napadły go w Wersalu, uprowadziły go do Paryża pod okiem gwardii narodowej. W Tuileriach Lafayette strzegł go jak więźnia. Nie mógł wyjechać nawet na przechadzkę bez eskorty generała i jego oficerów.

A teraz Zgromadzenie Prawodawcze odbiera mu nawet tytuły królewskie.

Było tego za wiele, nawet dla jego cierpliwej, uległej słabości.

– Nie otworzę osobiście Zgromadzenia Prawodawczego, nie chcę widzieć tych źle wychowanych, dziecinnie ambitnych ludzi. Niech się ministrowie z nimi rozmówią – postanowił.

cdn.

Teodor Jeske-Choiński

(1) Tu: miłości.

(2) Dawniej: od stóp do głów.

(3) Louis-Francois-Marc-Hilaire de Conzié (1736–1805) – biskup francuski, aktywny przeciwnik rewolucji; zmarł na emigracji w Londynie.

(4) Dawniej: hipochondryka; człowieka ciągle niezadowolonego ze wszystkiego i wmawiającego sobie choroby.

(5) Tu: lubieżnika; rozpustnika; satyr – bóg grecki; demon leśny, bóstwo płodności; wchodzący w skład orszaku Dionizosa; jego postać stała się archetypem wyobrażenia diabła, choć raczej w jego ludowej, rubasznej postaci.

(6) (Fr.) nieprzekupny.

(7) Dowodząc czegoś lub mówiąc o czymś z dużą pewnością siebie, często krytycznie lub umoralniająco; rozprawiając; mędrkując; mądrząc się.

(8) W czasie rewolucji francuskiej, 21 czerwca 1791 roku Varennes na wschodzie Francji było miejscem zatrzymania uciekającego z kraju Ludwika XVI i jego rodziny.

(9) Neron (37–68) – piąty cesarz rzymski w latach 54–68, syn Gnejusza Domicjusza Ahenobarbusa i Agrypiny Młodszej, późniejszej żony cesarza Klaudiusza; wychowanek Seneki; despota.

Powyższy tekst jest fragmentem książki Teodora Jeske-Choińskiego Jakobini.