Hetmani. Rozdział dziewiąty

Berlin, 2 lipca 1899

To gorzej, niż nudne, że zostałem odprawiony od drzwi państwa Latzkich. Ekscelencja dopiero co przyjechał i nie może nikogo przyjąć. Panienka niezdrowa – zaziębiła się.

Nieznośny dzień, spędzony na przepychaniu się przez tłum na ulicach.

I jeszcze drobiazg, który mnie usposobił grobowo – zapewne objaw gorączki.

Mignął mi Pod Lipami (1) samochód prywatny, a w nim, przysiągłbym, że stary Latzki, Hela i Paugwitz. Oczywiście to przywidzenie. Takich panów starszych w cylindrach i młodszych z minami aroganckimi jest dużo po mieście. Ale Hela jest jedna. Nie – to nie mogli być oni.

Berlin, 3 lipca, piąta rano

Nieszczęście, czy przebudzenie z niedorzecznego snu?

Może, spisując uważnie nowy szereg dziwnych zdarzeń, dojdę do jakiegoś wniosku?

Ten salon państwa Latzkich w dzień ich tam przeklętej „recepcji”! (2) I moja Hela przyjmująca gości!

Gdy odczytałem przedwczorajszy pamiętnik, aż się zdumiałem nad samym sobą. Przecież nie kłamałem, ale chyba opuściły mnie zdrowe zmysły?… Ta panna, ta dziewczynka rozmiłowana chyba jest… podwójna?

Fakty najpierw – psychologia na później.

Pełno ludzi obcych, smutnych, jak stado wron, na fotelach; a stadko śmiesznych kogucików około Heli, rozdzielającej filiżanki z herbatą najswobodniej, figlarnie.

Zaziębiona? Niezdrowa? Jeszcze jedna komedia – ta właśnie dla mnie.

„Sie sassen und tranken am Teetisch
Und sprachen von Liebe viel…” (3)

Nawet nie to. Raczej stylizowany, srebrami obciążony straganik, za którym ładna przekupeczka ofiaruje swe łaski najwięcej dającemu. Był naturalnie i Paugwitz. I wczoraj jeździł z Latzkimi samochodem – teraz już nie mam wątpliwości.

A ja figurowałem tam jako co? Miałem wrażenie, że byłem ostatni w tym dostojnym zgromadzeniu…

Sam Latzki grzeczny, jak zawsze. Przedstawiał mnie na prawo i na lewo. Kłaniałem się sztywno, tamte figury również; nie przemówiliśmy do siebie ani słowa.

A Hela, gdy się z nią witałem:

– Ach, pan w Berlinie? Od kiedy?

Chciałem odpowiedzieć, że przyjechałem tu boczną drogą – przez Wannsee.

Co tu długo pisać o tej śmiesznej i podłej wizycie? Jedyne słowa znaczące, które zamieniłem z panną Latzką, młodą ekscelencją od krętactwa, były przed samym moim wyjściem z salonu. Na uboczu:

– Jest pan szlachcicem. Mam nadzieję, że o przedwczorajszym dniu pan zapomniał?

– Może pani być pewna i spokojna.

***

To nazbyt wyraźne, aby się długo rozwodzić nad wartością mego cudownego wynalazku w dziedzinie psyche kobiecej. Raczej nad moją przenikliwością warto by się zastanowić.

Ale zanotowawszy głęboko w pamięci to doświadczenie i naukę, mogę na całe zajście patrzeć bardzo wesoło. Bawiłem się przedwczoraj szalenie i nie straciłem nic… Ona także nic… W przeciwnym tylko wypadku byłaby komplikacja.

Trzeba było dzisiejszym pociągiem wracać do Warszawy, zwłaszcza, że już trzy dni po terminie mego urlopu. W tej chwili byłbym w gościnnej sali rewizyjnej w Aleksandrowie (4), gdzie numery ludzkie obok numerów bagażowych (5) stoją sobie złą godzinę zamknięte w sześcianie (6), bez krzeseł, ani ławek, pośród woni dziegciu i podgniłych mat. To zdrowe na otrzeźwienie od zachodniego liberalizmu.

Widmo tej sali rewizyjnej było jednym z powodów, że zostałem jeszcze jeden dzień w Berlinie. Przyznaję się zresztą, że wyjechać od razu po wizycie u Latzkich nie mogłem, no nie mogłem. Chciałem się jakoś zemścić nad tym miastem, nad wspomnieniem Heli, nad samym sobą. I obrałem sposób, który tu, dla bezwzględnej szczerości, zapisuję.

Prosiła, żebym jej pokazał Berlin po nocy. Jej tam zaprowadzić już nie mogę, ale zawlokę jej obraz, smak jej pocałunków, zapach perfum, którego trochę nasiąkło mi w ubranie. Powiem jakiejś bezecnej dziewce nocnej:

– Du! Mein Verlangen!…

Może gdzieś spotkam Helę z Paugwitzem, usłużniejszym ode mnie?

Nie spotkałem jej oczywiście. Ale koniec tej nocy niedorzecznej zmienił się znowu w dziwne, niepokojące wrażenie, których tyle miałem podczas tegorocznych wakacji. Ładny mi odpoczynek!

Siedziałem już sam w zatłoczonej pomimo późnej nocy restauracji i jadłem, bo poczułem głód po przygodach mojej wędrówki. W samym środku miasta ten zakład jadłodajny wrzał od ruchu, błękitniał od dymu cygar, odurzał woniami sosów i alkoholu. A publiczność nocna nie bardzo się różni od dziennej; trochę hałaśliwsza, ale ta sama. Pośród chrupiących i cmokczących pysków męskich kilka czubatych kokot, a przy paru stołach towarzystwo zupełnie familijne: tryumfalnie brzydkie córki, nadęta mama, potworna ciotka… Czymkolwiek zresztą są te niewiasty różnych wieków, w żadnym kraju na świecie nikt nie odważyłby się wyprowadzać takich okazów na widownię, w nocy, w miejscach rzekomej zabawy. Tu jednak należy to do „Gemütlichkeit” (7). Bydlę ludzkie wylęga z domów i pasie się pospołu, parami i gniazdami, choćby do rana. Czasem słyszy się zdanie: „Ach! Jak «kosztownie » bawiłyśmy się!” – od takich kobiet, że aż zdumienie ogarnia, kto mógł za taką zabawę jeszcze dopłacać? Imponujące równouprawnienie!

Siedziałem i jadłem. Naraz zwróciły moją uwagę podniesione głosy u drzwi wejściowych. Przetarłem oczy, aby się przekonać, czy nie śnię.

Otoczony przez kelnerów stał w pobliżu drzwi pan Wojciech Piast. Wyższy od nich o głowę, w swej „maciejówce” i płaszczu, wyglądał, jak wypierzony (8) orzeł, opadnięty przez kruki. Tłumaczono mu dość natarczywie, że wszystkie miejsca zajęte. On zaś wyniośle i spokojnie rozglądał się po sali.

– Rrraus! (9) – wrzasnął jakiś pijany zza baterii kufli, instynktownie solidaryzując się z kelnerami.

Rzuciłem się pośpiesznie ku osaczonemu stryjowi.

– Jego książęca mość przychodzi tu do mnie! – rzekłem energicznie.

Rozstąpiło się stado z ukłonami, choć i z niedowierzaniem. Piast usiadł przy moim stole.

– Cóż to stryj… w Berlinie? I po nocy?

– Wiedziałem, że tu jesteś, chciałem z tobą pomówić.

– Będzie stryj coś jadł?

– O, nie o tej porze.

– Może kieliszek wina?

– Piję tylko wodę. Woda mnie utrzymuje przy tej świeżości ciała i umysłu, której jeżeli nie zauważyłeś, żal mi cię, Tadeuszku. Ty zaś zdajesz się hołdować Bachusowi, bogowi grubej rozkoszy i zapomnienia. A nam bardziej, niż innym narodom, potrzebna przytomność.

– Ależ, stryju, nie jestem pijany!

– Drugi raz cię widzę tego lata w stanie zamroczonym, który przystoi tylko ludziom słabym i niezadowolonym ze swych działań.

Zaczęła się znowu reprymenda, nieproporcjonalna do moich wykroczeń. Nie buntowałem się jednak. Po chwili Piast zapytał uroczyście, jakby chodziło o materiae status (10):

– Chciałeś jeszcze coś jeść czy pić?

– Gdyby nie stryj, napiłbym się kawy i kieliszek koniaku.

– Więc te pieniądze, które miałeś użyć na dosycenie swego sybarytyzmu, daj dzisiaj na sprawę ogólną, na przykład na oświatę ludową. Częstowałeś mnie przecież winem – poczęstuj lud kilku dobrymi elementarzami.

– Ależ z największą przyjemnością. Tylko nie mogę wiele, jestem u schyłku podróży…

– Daj cenę kawy i koniaku.

Wyjąłem z kieszeni pięciomarkówkę i podsunąłem ją, z pewnym zażenowaniem, chudemu i nic niejedzącemu towarzyszowi.

– O, nie! Ja się nie zajmuję zbieraniem składek. Znasz przecież organizacje i osoby?

Zawstydziłem się i uradowałem zarazem.

– Policzę pieniądze po zapłaceniu hotelu. Może będę mógł dać więcej.

– Daj, ile możesz. Nędzy jest tyle! A duchowej jeszcze więcej niż materialnej.

Nadmieniłem, że wszystkie nasze składki, jawne czy tajne, idą żółwim krokiem, bo właśnie tylko ludzie mniej zamożni myślą o sprawie ogólnej.

– Tymczasem jest tak, ale będzie inaczej – odrzekł Piast z przekonaniem. – Gdy zachodziła potrzeba, Chrystus niegdyś rozmnożył chleby… Nie kiwaj głową, nie myśl, że jestem wizjonerem… To ty nie rozumiesz przenośni wielkich Pism. Ja wierzę w rozmnożenie Ducha.

Ciężko mi było mówić z tego tonu w knajpie, więc zaproponowałem wyjść na ulicę lub przenieść się do mieszkania któregokolwiek z nas.

– Ja tu mieszkam u znajomego, który już śpi – odrzekł Piast – a do twojego hotelu nie pójdę, bo trzyma go znany hakatysta (11). Możemy tu jeszcze chwilę pozostać, a miejsce do rozmowy jest wszędzie, nawet w domach Bachusa i Wenery. „Czystemu wszystko czyste” – jak tu mówią.

Wzdrygnąłem się; było to jedno z ostatnich zdań, które usłyszałem od Heli w samochodzie. Stary czart pochwycił ten mój dreszcz i zaczął szydzić:

– Aha, nieczyste masz sumienie, kawalerze! Przyjemnie to jeździć na romantyczne wycieczki podmiejskie, ale nie trzeba za to płacić ustępstwami ze swej godności.

– Nie wiem, o czym stryj mówi.

– Nie wiedz sobie; to w porządku względnie do twych nowych obowiązków towarzyskich.

– Stryj chciał coś mówić o oświacie ludowej?

– Już powiedziałem. Teraz mówię o stosunkach twoich z Latzkimi. Nie jesteś dosyć silny, aby się z nimi zadawać.

– Ależ, na miłość Boską, proszę mnie tak ciągle nie strofować. Najpierw, stryj mnie mało zna…

– Znam cię od kolebki i ciągle śledzę rozwój twojej duszy. Urodziłeś się pod znakiem ojczyzny, schodzisz zaś powoli pod znak Kosmosu, który ma światła zwodnicze, zwane przez gmin dobroczynnymi, chociaż pożyczone są od wiecznie gorejącego ogniska egoizmu.

– Cóż to za nowy zodiak?

– Odnajdziesz go w mej Teogonii i zrozumiesz. Tymczasem powiem ci przystępniej. Nie wpatrzyłeś się w swój naród, ani w obowiązki względem niego. Polakiem trudniej być niż obywatelem świata. Myślisz czasem, przez wrodzoną uczciwość, o swoim narodzie, ale żyjesz dla swej rozkoszy osobistej, do której dorabiasz sobie teorie.

– Bardzo stryja przepraszam – pracuję w zarządzie kolei i w literaturze…

– Nienawidzisz swej pracy biurowej, więc to nie praca dla ogółu, tylko sposób wydarcia pensji od społeczeństwa. W literaturze zaś kołyszesz swoje zachcianki i przybierasz je w wiązania słów. Cóż stworzyłeś dotychczas?

– Mam lat trzydzieści..

– To dużo. W twoim wieku Mickiewicz miał już w swych dziełach Dziady i Wallenroda, a Rouget de Lisle stworzył Marsyliankę.

– No, Mickiewicz!… Ale cóż znowu ta Marsylianka?

– Pieśń żywa, pieśń, która grzeje pokolenia tej samej rasy.

– Zapewne…

– Nie mam dzisiaj czasu mówić o literaturze. Dla mnie tylko czyn istnieje w literaturze. Chcę cię przed czymś ostrzec. Widzisz to miasto?

Przez szybę sklepową wskazywał Berlin jeszcze rojny, ogłaszający się trąbami rozpędzonych samochodów. Trzymał nad nim rękę, jak szpon suchą i groźną.

– To jest wielki wróg Błękitnej Królowej!

Szedłem za jego myślą, pociągnięty jakimś uczuciowym przekonaniem, nie słowami, które trochę mechanicznie powtarzam tu z pamięci.

– Ona idzie ku nam, a przed nią jej rycerze, co świecić by tylko powinni, pochodniami sieką mrok oporny, najeżony jadem i obłudą. I siec będą, aż się mrok rozpadnie, aż to, co pruska czarna potęga nazywa kulturą i postępem, stanie się wstydem i ohydą społeczeństwa. Gdy zapanuje Błękitna Królowa, wspominać będą potomne wieki okres hegemonii Prus jak najazd barbarzyńców na Rzym, jak wyniszczenie olimpijskiej rasy doryckiej przez handlującego kradzionym towarem Lewantyna (12). Ale czciciele Błękitnej Królowej nie wyginęli i zginąć nie mogą. Są wszędzie naokoło tego państwa Beliala (13), które ludziom małej wiary wydaje się niezwyciężonym.

– To jest, że przewidywać należy koalicję europejską przeciw Prusom?

Pan Piast potoczył oczyma po sali i nagle skrzywił się, jakby coś gorzkiego przełknął, wpatrywał się w zakopcone malowidło sufitu:

– Psy już zwietrzyły – syknął cicho przez zęby i zaczął pogwizdywać, jak pijany.

Gdy zamilkliśmy, zbliżył się do naszego stołu jakiś jegomość nadmiernie skromny i uniżony, z kuflem w ręce.

– Słyszę, że rodacy. Czy pozwolą mi panowie przystawić kufelek do stołu? Jestem Sieniawski.

– Sieniawski?! – zadziwiłem się.

– E, nie z żadnych tam hrabiów! Jestem giserem przy fabryce brązów. Może księciu panu przeszkadzam? – zwrócił się pokornie do Piasta.

– Nazywam się Krotoski, nie jestem wcale księciem; mój znajomy tak mnie nazwał, aby mi zrobić miejsce w knajpie.

Patrzyłem na pana Piasta ze zdziwieniem; nie znałem go takiego; nie tylko owemu Sieniawskiemu nie podał ręki, ale odwrócił się od niego z wyraźną pogardą.

Jednak natręt usiadł przy naszym stole. Miał niebieskie okulary i nienaturalnej barwy brodę.

– Miło w tym gałgańskim mieście usłyszeć mowę rodzinną od prawdziwej naszej inteligencji. Nas tu dużo, ale prostaków. Czy nie wiedzą panowie czegoś o wojnie?

– Zanosi się na wojnę w Afryce (14) – bąknąłem.

– Co nam po takiej! Ale o jakiejś wojnie, która by coś, dla nas?…

Piast milczał uporczywie, a ów giser dalej starał się z nas wyciągnąć jakieś wiadomości. Wreszcie Piast przerwał opryskliwie:

– O której godzinie idzie pan do fabryki?

– O ósmej, ale mieszkam daleko; wstać trzeba przed siódmą.

– To pora już spać.

Sieniawski zerknął dużo mniej poczciwie niż dotychczas, ale utrzymał się przy tonie ugrzecznionym:

– Jak się człowiek już raz wybierze na kufelek do knajpy, raz na miesiąc…

Piast rzekł do mnie, powstając:

– Panie Antoni, do widzenia w Warszawie. Ja się zatrzymam w Poznaniu, więc przyjadę w dwa dni po panu. Stanę w Hotelu Europejskim.

Ścisnął mi dłoń znacząco, nie kiwnął nawet głową „rodakowi” i wyszedł. Ta zmiana imion i nazwisk, marszruta zupełnie fikcyjna, gdyż wiedziałem, że Piast dąży ku zachodowi – pobudziły moją ostrożność względem Sieniawskiego. Zawołałem o rachunek. Zanim jednak mi go podano, niewczesny towarzysz zdołał jeszcze nagadać:

– Jaka ta nasza arystokracja! Bo to książę, ja wiem, tylko przed biednym człowiekiem nawet się nie nazwie. Pan mu przecież mówi: „stryju”, to musi wiedzieć?

– Mało go znam. Mówię mu: „stryju”, bo starszy, bo tak mi się zresztą podoba.

I ja miałem dosyć tego towarzystwa. Ale kelner spóźniał się z rachunkiem, choć sala znacznie się już opróżniła.

Epizod końcowy dał mi dopiero poznać, co za ćwik z mego tajemniczego stryja.

Gdy wychodziłem, już sam jeden, zbliżył się do mnie poważny jegomość, ubrany po cywilnemu, w towarzystwie portiera:

– Bardzo przepraszam, zmuszony jestem prosić pana o paszport.

Dwie pikielhauby policyjne stały w pobliżu.

Miałem paszport w zupełnym porządku. Urzędnik, po uważnym obejrzeniu dokumentu, oddał mi go z ukłonem.

– W dalszym ciągu zmuszony jestem poprosić pana o informacje co do osoby, z którą pan jadł tutaj kolację, używającej nazwiska Krotoski. To pański stryj?

– Nie. Tak go tylko nazywam na żarty. Spotkałem go zagranicą i nie znam go prawie.

– Czy pan gotów by był udzielić nam szczegółów tego spotkania przed sędzią śledczym? Chodzi tu o osobę, oskarżoną o niektóre przestępstwa.

– Wyjeżdżam dzisiaj do Warszawy, gdzie mam termin. Zdaje mi się, że nie jestem obowiązany stawać w tutejszym sądzie, będąc obcym poddanym?

– Mielibyśmy sposób porozumienia się z sądami rosyjskimi, ale pan może tego uniknąć, poświęcając nam godzinę czasu.

– Proszę się porozumiewać z sądami rosyjskimi.

– Ach so! (15) – mruknął niezadowolony stróż porządku. – Jako dopełnienie do paszportu mam prawo zapytać pana o jego adres w Warszawie.

Podałem ten adres.

***

Tak się tedy skończyły moje wakacje – niesmakiem i zdenerwowaniem.

Poezja Hagi! Czy ona istniała tylko w mojej wyobraźni? Owa Hela sprzed miesiąca w galerii przed Dawidem Rembrandta… Kto ją prosił, aby przyszła, aby nie opuszczała mnie prawie prześladowaniem swych nieodgadnionych oczu?… Przewrotna dziewczyna.

A znowu ten Piast, który budzi we mnie czasem takie gorące, szlachetne dreszcze, może być figurą spod ciemnej gwiazdy? Policja pruska może ścigać bohaterów, ale i prostych także oszustów… A służba Błękitnej Królowej nie stanowi sama przez się legitymacji, bo ta królowa unosi się na dowolnie spiętrzonych obłokach…

Jednak, gdy źle myślę o Heli, radbym tylko się mylić; ale nie mam wyrzutów sumienia nawet wtedy, gdy ją nazywam w myśli najobelżywiej…

Gdy zaś o panu Wojciechu Piaście przypuszczę na chwilę, że to ciemna figura, zgroza mnie zdejmuje, wstyd za niego i za siebie. Wolę już myśleć, że niespełna rozumu. Jest coś mojego własnego w duszy i w losach tego człowieka.

cdn.

Józef Weyssenhoff

(1) Unter den Linden (Aleja pod Lipami) – ulica znajdująca się w centrum Berlina, w dzielnicy Mitte; jest uważana za jedną z najpiękniejszych alei miasta, ma półtora kilometra długości i sześćdziesiąt metrów szerokości.

(2) Dawniej: oficjalnego, uroczystego, galowego przyjęcia.

(3) „Siedzieli i pili herbatkę. / Pogwarka szła o miłości” (Heinrich Heine, Siedzieli i pili herbatkę…, przełożył Stanisław Łempicki).

(4) W sali odpraw celnych na dworcu kolejowym w Aleksandrowie Kujawskim, który od momentu założenia do odzyskania niepodległości był miastem leżącym na granicy rosyjsko-niemieckiej.

(5) Pokwitowań za bagaż jadący osobnym wagonem bagażowym.

(6) Tu: pustym pomieszczeniu.

(7) (Niem.) przytulności.

(8) Dawniej: z nastroszonymi piórami.

(9) (Niem.) precz.

(10) (Łac.) materie państwowe – najważniejsze prawa, które można było zmienić jedynie za zgodą wszystkich posłów na sejmie.

(11) Członek Hakaty – niemieckiej organizacji nacjonalistycznej założonej w Poznaniu 3 listopada 1894 roku. Potoczna nazwa wzięła się od pierwszych liter nazwisk założycieli: Ferdynanda von Hansemanna (1861– 1900), Hermanna Kennemanna (1815–1910), Henryka von Tiedemanna (1840–1922). Działalność Hakaty skupiała się na: obserwowaniu prasy polskiej; zachęcaniu Niemców do wykupywania nieruchomości od Polaków; sprowadzaniu do Wielkopolski Niemców do wszystkich dziedzin gospodarki, usług oraz wolnych zawodów; wzmacnianiu niemieckiej klasy średniej w miastach Wielkopolski; organizowaniu patriotycznych zebrań i zgromadzeń; wspieraniu szkoły niemieckiej.

(12) Mieszkańca Lewantu – państw leżących na wschodnim, azjatyckim wybrzeżu Morza Śródziemnego; tu: Żyda.

(13) Belial – jeden z upadłych aniołów i czterech piekielnych książąt; symbolizuje płodność ziemi i niezależność; często utożsamiany z szatanem; dosłowne tłumaczenie brzmi: „ten, który nie ma pana”, „niegodziwiec świata”, „ten, który podnosi bunt” bądź „nic niewart”.

(14) Mowa o drugiej wojnie burskiej (1899–1902) toczonej w południowej Afryce pomiędzy burskimi republikami Transwalu i Oranii a Imperium Brytyjskim.

(15) (Niem.) tu: więc to tak.

Powyższy tekst jest fragmentem książki Józefa Weyssenhoffa Hetmani.