Fenomen Lourdes. Rozdział drugi

Ponownie zjawiliśmy się w Lourdes następnego ranka, nieco po godzinie szóstej, ale równie dobrze mogłoby to być południe, ponieważ ulice były jedną ruchomą masą pielgrzymów. Z każdego zakątka rozbrzmiewał falami śpiew, a tu i ówdzie przez tłum przeciskali się już brancardierzy (1) – mężczyźni wszystkich narodowości z pasami na ramiona i krzyżem – niosący nosze z ich żałosnym brzemieniem.

Miałem odprawić Mszę świętą w krypcie, a kiedy w końcu tam dotarłem, kościół był wypełniony po brzegi. Wnętrze nie rozczarowywało tak, jak się obawiałem. Pod wygiętym sklepieniem panował w nim swoisty, solidny, katakumbowy mrok, które, gdyby nie kolory i niektóre detale, można by niemal uznać za dzieło dobrego architekta. Organizacja pielgrzymów była najgorsza z możliwych. Nie było żadnego uporządkowania, żadnego kierowania. Jeden tłum napierał na drugi, jak stada oszołomionych owiec. Niektórzy przyszli do Komunii, niektórzy tylko na Mszę świętą, niektórzy do spowiedzi, i przepychali się cierpliwie w tę i w tamtą stronę we wszystkich kierunkach. Zanim dostałem szaty liturgiczne, rozegrała się prawdziwa walka. Przedstawiłem list od biskupa Rodez (2), z którym jadłem lunch kilka dni wcześniej. Argumentowałem, wyrażałem dezaprobatę, przekonywałem, podawałem cytaty. Znowu wszystko sprzysięgło się przeciwko spokojowi mego umysłu. Jednak rzadko odprawiałem Mszę świętą, doznając większego pocieszenia niż w tym maleńkim sanktuarium przy głównym ołtarzu… Kościelny służył, a stary ksiądz klęczał pobożnie na klęczniku.

Kiedy nadszedł czas Komunii świętej, odwróciłem się i zobaczyłem tylko morze twarzy, ciągnące się od balasek w ciemność tak daleko, jak tylko mogłem sięgnąć wzrokiem. Przez kwadrans szybko rozdzielałem Komunię. Potem, jak tylko kolejny ksiądz zdołał się przedrzeć przez tłum, kontynuowałem Mszę świętą. On nie skończył jeszcze udzielać Komunii, kiedy ja skończyłem moje dziękczynienie. Tak samo było wszędzie – w krypcie, w bazylice, w kościele Różańcowym, a przede wszystkim w Grotto. Średnia liczba Komunii udzielanych codziennie w ciągu roku w Lourdes to, jak mi powiedziano, cztery tysiące. Jednak w owym roku Jubileuszu, jak poinformował mnie doktor Boissarie, udzielono, w zaokrągleniu, milion Komunii świętych, odprawiono sześćdziesiąt tysięcy mszy, z dwoma tysiącami Komunii podczas każdej Mszy o północy… Czy Jezus Chrystus wychodzi, kiedy wchodzi Maryja? Tak nam mówią nie-katolicy. Wydaje się jednak raczej, że tak jak trzej Mędrcy z dawnych czasów ludzie wciąż znajdują Dzieciątko z Jego Matką Maryją.

Pod koniec mojej Mszy świętej stary ksiądz podniósł się ze swego miejsca i zaczął przygotowywać naczynia oraz mszał. Jak tylko zdjąłem szaty liturgiczne, on je założył. Przyjąłem to biernie, przypuszczając, że jest on następny na liście. Odpowiedziałem nawet na jego Kyrie. Ale przy kolekcie wściekły zakrystian przedarł się przez tłum i z uwag skierowanych do tego starego, pobożnego księdza oraz do mnie dowiedziałem się, że następny na liście wciąż czeka w zakrystii i że ten stary człowiek jest sprytnym, chociaż pobożnym intruzem, który zdecydował się nie przyjmować odpowiedzi „Nie”. Dokończył swoją Mszę świętą. Powstrzymam się od komentarza.

Przez chwilę staliśmy potem na tarasie ponad piscines. Po śniadaniu natomiast wróciłem tam sam i pozostałem przez cały ranek. To był niezwykły widok. Z tarasu klif opadał prosto w dół, ku dachom trzech budynków podobnych do kaplic, piętnaście czy dwadzieścia metrów poniżej. Z tyłu mogłem widzieć brukowaną przestrzeń usianą kilkoma poruszającymi się fi gurami, a za barierą tłum ciągnący się przez drogę i daleko we wszystkie strony. Za nimi była czysta rzeka i zielone łąki, wszystko cudowne w porannym słońcu.

Tamtego ranka musiałem widzieć wiele setek chorych wnoszonych do kąpieli. Tego dnia było bowiem w Lourdes prawie dwa tysiące chorych. Mogłem nawet obserwować ich twarze, białe i naznaczone bólem albo straszliwie przerażone, kiedy leżeli w dole, dokładnie u moich stóp, „czekając na jakichś ludzi, aby ich wprowadzili do wody” (3). Widziałem mężczyzn i kobiety wszystkich narodowości oraz stanów usługujących im, niosących ich czule, wachlujących ich twarze, zwilżających ich wargi, podających im do picia wodę z Grotto. Z dołu dochodziło szuranie tysięcy stóp (owa Narodowa Pielgrzymka Francji liczyła między osiemdziesiąt a sto tysięcy ludzi). A ponad odgłosem kroków dochodziły głośne okrzyki księży, kiedy stali w długich rzędach, twarz ą do ludzi, z ramionami rozłożonymi w formie krzyża. Od czas do czasu dochodził daleki ryk śpiewu z Grotto po mojej lewej stronie, gdzie biskupi i uprzywilejowani księża bezustannie odprawiali Msze święte, albo z mojej prawej, z wielkiej, owalnej przestrzeni u podnóża schodów. A potem z nagła ogromny chór dźwięków z dołu, kiedy buchnęła Gloria Patri po zakończeniu którejś dziesiątki Różańca. Byliśmy tylko my, obracająca się ziemia, Pireneje z tyłu, łąki z przodu, a nad nami niebo z Maryją spoglądającą w dół.

Podczas tego długiego poranka raz usłyszałem z dołu okropne wrzaski, jakby opętańcze, które zmieniały się w jęki i urywały. A raz zobaczyłem małą procesję idącą z Grotto, z Najświętszym Sakramentem w środku. Nie było żadnej sensacji, żadnego śpiewu. Pan całego świata po prostu szedł, czyniąc miłosierdzie, a ludzie padali na kolana i żegnali się, kiedy przechodził.

Po déjeuner (4) w Hotel Moderne, gdzie mieliśmy zostać do poniedziałku, jak zostało postanowione, zeszliśmy do bureau. Na początku czyniono nam trudności, ponieważ lekarze nie przybyli i na chwilę zająłem się obserwowaniem noszy wyładowywanych z breków, które niosły je łagodnie w dół na odległość stu metrów od Grotto. Raz istotnie byłem szczęśliwy, mogąc wsunąć pasy naramienne brancardiera w żerdzie, które podtrzymywały chorą kobietę. To wszystko było najokropniejsze i najpiękniejsze. Postaci, jedna po drugiej, były przesuwane po siedzeniach – żywe krzyże bólu – i opuszczane delikatnie ku ziemi, aby przeleżeć tam kilka chwil, z ciałem okropnie płaskim i – jak się zdawało – niemal nieistniejącym pod przykryciem. I tylko biała twarz z płonącymi udręką oczami albo bierna i na wpół martwa wskazywała, że leży tam istota ludzka. Potem, jeden po drugim, każdego podnoszono i delikatnie kołysząc, przenoszono do bramy piscines.

Około trzeciej, po godzinnym oczekiwaniu, udało mi się podać przez okno pewną wizytówkę i natychmiast nadeszła wiadomość od doktora Coxa, że mam zostać przyjęty. Przeszedłem przez barierkę, przez kilka pomieszczeń i znalazłem się w Świątyni Nauki, tak jak Grotto jest Świątynią Łaski.

Jest to małe pomieszczenie, w którym może wygodnie stać około dwudziestu osób. Stale widziałem tam ponad sześćdziesiąt. Wzdłuż jednej ściany biegnie stół, na którego jednym końcu siedzi doktor Cox. W środku, przodem do pokoju, znajduje się krzesło lekarza przewodniczącego, gdzie zazwyczaj można znaleźć doktor Boissarie. W bardziej oddalonym końcu pokoju znajduje się zawieszona na ścianie długa, oszklona gablota z fotografiami. Znajdują się tutaj zdjęcia wielu najsłynniejszych pacjentów. Ukazują też rany Marie Borel. Sama Marie Borel była w bureau tamtego ranka, aby opowiedzieć o swoim znakomitym zdrowiu (została natychmiast wyleczona w poprzednim roku w piscine z licznych otwartych ran, tak głębokich, że wnikały w jelita). Na stole leżało kilka osobliwych, mosiężnych przedmiotów, które, jak się później dowiedziałem, były modelami kości nóg Pierre’a de Ruddera. (Człowiek ten przez osiem lat cierpiał z powodu złamanej nogi i dwóch otwartych ran – jednej przy złamaniu i drugiej na stopie. Wdała się w nie gangrena. Końce złamanych kości były widoczne jeszcze na chwilę przed wyleczeniem, które nastąpiło natychmiastowo w kaplicy Matki Bożej z Lourdes w Oostacker. Po swoim nagłym i całkowitym powrocie do zdrowia Pierre żył jeszcze ponad dwadzieścia lat.) Co do reszty, pokój jest dość prosty. Stoi tam kilka krzeseł. Kolejne drzwi prowadzą do małego pomieszczenia, gdzie można prywatnie badać chorych, trzecie i czwarte wiodą na zewnątrz, po przeciwnej stronie budynku. Są tu dwa okna wychodzące odpowiednio na jedną i na drugą stronę.

Spędziłem sporo czasu w bureau (dano mi do noszenia „krzyż lekarski” – składający się ze swego rodzaju wizytówki z białą pionową belką i czerwoną poprzeczną – tak abym mógł wchodzić i wychodzić, kiedy chcę). Mogę zatem również podsumować ostatecznie wszystkie wrażenia, jakie uzyskałem z obserwacji metod lekarzy. Stale przebywali tam wszyscy możliwi doktorzy – katolicy i wolnomyśliciele, starzy, młodzi, w średnim wieku. Dyskutowano nad przypadkami z najwyższą swobodą. Każdy mógł zadawać pytania o miraculés albo o innych lekarzy. Zaświadczenia chorych czytano na głos. Zauważyłem, że jeśli istniała jakakolwiek wątpliwość co do tych zaświadczeń, jeśli była jakaś kwestia wyłącznie nerwowej dolegliwości, jakaś ewentualna możliwość pomyłki, przypadek ostro odrzucano. Zatem owe zaświadczenia, wydawane przez lekarza opiekującego się chorą osobą, datowane i sygnowane, mają najwyższe znaczenie, ponieważ bez nich żadne uzdrowienie nie zostanie zarejestrowane. Jednak, pomimo tych wymagań, widziałem raz po raz, jak sześćdziesiąt czy siedemdziesiąt osób w martwej ciszy wpatruje się i wsłuchuje z całej siły, podczas gdy jakiś biedny, niewykształcony mężczyzna czy kobieta, uśmiechając się promiennie, opowiada historię, albo odpowiada na szorstkie, życzliwe pytania przewodniczącego lekarza.

Wciąż na nowo zdawało mi się też, że wszystko to zostało wcześniej ustalone. Był tam człowiek niewidomy od urodzenia, który odzyskał wzrok i wokół niego zgromadzili się bystrzy lekarze innego rodzaju. Próbowali zadawać mu pytania. To niesłychane, wołali, żeby człowiek niewidomy od urodzenia odzyskał wzrok. A przynajmniej nie mogło odbyć się to tak, jak on powiedział. Jednak ten człowiek stał pośrodku, widząc ich tak, jak oni widzieli jego, i dając świadectwo. „To – powiedział – zostało dokonane w taki sposób. Tak i tak nazywa się Człowiek, który mnie uzdrowił. Troszczcie się o siebie! Ja byłem niewidomy, a teraz widzę”.

Po tym, jak spotkałem się z doktorem Coxem, zadałem mu pytania, zrobiłem notatki, wszedł doktor Boissarie. Zostałem mu przedstawiony, wziął mnie więc na bok razem ze szkockim księdzem (który przez cały mój pobyt okazywał mi wielką uprzejmość) i zaczął zadawać mi pytania. Wydawało się, że ponieważ żaden fizyczny miraculé nie był w tym momencie obecny, równie dobry mógł być duchowy miraculé, ponieważ zadał mi sto pytań dotyczących mojej konwersji i jej przyczyn oraz tego, jaką rolę odegrała w tym modlitwa, a lekarze stłoczyli się wokół i słuchali mojej niepewnej francuszczyzny.

„Czy zatem przywiodła cię właśnie potrzeba Boskiego Przewodnika – autorytetu?”

„Tak, to było to. Pozycja świętego Piotra w Pismach i w historii oraz nadprzyrodzona jedność Kościoła. Nie da się powiedzieć dokładnie, który argument przeważył”.

„Faktycznie, to była łaska Boża”, uśmiechnął się doktor.

Doktor Boissarie, tak jak doktor Cox, był dla mnie wyjątkowo dobry. Jest niemłodym człowiekiem o dobrej, mądrej i pokrytej zmarszczkami twarzy. Jest średniej budowy, chodzi bardzo wolno i uważnie. To żarliwy katolik. Jest bardzo ostry i poważny, ale unosi się wokół niego pewna aura cudownej dobroci i uprzejmości. Bierze człowieka pod ramię w bardzo miły sposób. Widziałem opieszałych, chaotycznych pacjentów w jednej chwili przywoływanych do porządku, a jednak nigdy przerażonych.

Doktor Cox, który przebywa w Lourdes od czternastu lat, to typowy Anglik, rumiany, z białym wąsem. Pełni głównie obowiązki sekretarskie, jak się zdaje, chociaż on także od czasu do czasu zadaje pytania. To właśnie on dał mi „krzyż lekarski” i później uzyskał dla mnie jeszcze bardziej szczególną łaskę, o której opowiem we właściwym miejscu. Słyszałem, że on sam został uleczony z jakiejś choroby w Lourdes, ale nie mogę zagwarantować, że to prawda. Nie chciałem pytać go wprost.

Z zewnątrz doszedł nas dźwięk zorganizowanego śpiewu i pomieszczenie zaczęło pustoszeć. Zbliżała się popołudniowa procesja. Podbiegłem do okna, które wychodzi na Grotto. I tam, siedząc obok ojca asumpcjonisty – przedstawiciela tego zakonu, który kiedyś oficjalnie opiekował się Grotto, a obecnie nieoficjalnie przy niej asystuje – zobaczyłem przechodzącą procesję.

Nie miałem pojęcia, jak jest liczna. Poza pojedynczą linią głów za oknem widziałem tylko niekończący się, podwójny potok przechodzących ludzi, z których każdy niósł cienką, płonącą świeczkę, a idąc, śpiewał. W potoku tym byli bardzo różni ludzie – grupy chłopców i młodych mężczyzn, otaczający swych księży, którzy wybijali takt, mężczyźni w średnim wieku i starzy. Widziałem raz po raz tego rodzaju twarz, którą głupi Bryt przyzwyczajony jest postrzegać jako absurdalną – wojskowy, muszkieterski profil, fantastyczne wąsy i hiszpańska bródka oraz włosy en brosse (5). Jednak w rzeczywistości nie było w tym nic absurdalnego. Było to ogromnie poruszające, a kluska rosła mi w gardle, kiedy obserwowałem takie twarze jak ta, optymistyczne, szczeciniaste, wszystkie opromienione pasją i uwielbieniem.

Taki człowiek mógł być sklepikarzem, miejscowym merem albo księciem. Wszystko jedno. Był dzieckiem Maryi i kochał Ją z całego serca, a na jego wargach było pozdrowienie Gabriela. Potem zaczęli nadchodzić kapłani. Długie szeregi w czerni. Potem białe komże. Następnie migotanie purpury, potem kilka pektorałów, a w końcu wielki baldachim, kołyszący się ze wszystkimi swoimi dzwonkami i frędzlami.

Ks. Robert Hugh Benson

(1) Brancardier (fr.) – tragarz noszy; w wojsku: sanitariusz, od brancard – nosze, dyszel.

(2) Rodez to miejscowość i gmina we Francji, w regionie Midi-Pyrénées, w departamencie Aveyron.

(3) Nawiązanie do J 5, 7.

(4) Déjeuner (fr.) – obiad.

(5) En brosse (fr.) – na jeża.

Powyższy tekst jest fragmentem książki ks. Roberta Hugh Bensona Fenomen Loudes.