Cesarski odstępca. Rozdział piąty

Co dziwne, Borecjusz wydawał się zgadzać z bratem Mateuszem, kiedy spotkał Juliana po śniadaniu w ich ulubionym miejscu pod sosnami.

– Przesadzasz, Julianie – powiedział. – Jesteś blady i masz podkrążone oczy.

Młody mnich roześmiał się wesoło.

– Pozwól mi przesadzać, panie – nigdy dotąd nie byłem taki szczęśliwy. I muszę nadrobić, prawda, tyle lat… niewiedzy? Jakie to okrutne, że natura człowieka domaga się snu! Niektórzy śpią sześć, a nawet siedem godzin każdej nocy. Pomyśl tylko: jedną czwartą, a nawet prawie jedną trzecią naszego życia spędzamy w stanie nieświadomości, bezmyślności, bezużyteczności. Natura oszukała człowieka.

– Może nie tak bardzo jak ci się wydaje – zauważył Borecjusz. – Możesz nie mieć świadomości, że żyjesz. Ale mimo wszystko żyjesz. Możesz nie formułować myśli w obszarze zwanym mózgiem, ale jest też inny rodzaj myślenia, formułowany w innym obszarze. Nie pogardzaj Hypnosem, łagodnym bratem Śmierci. Jest bogiem wielu darów, liczniejszych, niż daje nam większość innych bogów, i gdyby nie on, nie mógłbyś doceniać cudów świadomego życia.

– Nie całkiem rozumiem. – Między brwiami młodzieńca pojawiła się zmarszczka. – Mówisz o bogach… na pewno jesteś chrześcijaninem, jak ja?

Borecjusz nie odpowiedział i zmarszczka się pogłębiła.

– Nie widziałem cię na Mszy, Borecjuszu… ty… ty jesteś chrześcijaninem, prawda? Och, nie uśmiechaj się do mnie w ten sposób. To coś… bardzo poważnego. Bo jeśli nie jesteś…

– Czy nie jesteś trochę za młody, bracie Julianie, na mojego spowiednika? – wtrącił przyjaznym tonem Borecjusz, a Julian zwiesił głowę. – Tak, mówiłem o bogach – podjął – i słusznie. Chrześcijaństwo dopuszcza przynajmniej możliwość, że bogowie tak zwanych pogan istnieją.

– Ale tylko jako demony – wtrącił żarliwie Julian. – Nie jako prawdziwe źródło mocy. Nie modlisz się chyba do Hypnosa, żeby zesłał ci sen, prawda?

Tym razem zmarszczka pojawiła się między brwiami Borecjusza.

– Nieważne, co ja robię, bracie Julianie, najpobożniejszy z chrześcijan. Ale jeśli to dla ciebie takie ważne, powiem ci: zostałem ochrzczony.

Szczupła twarz Juliana rozjaśniła się.

– Och, tak się cieszę. Tak bardzo chciałem być pewny. Chcę ci bezgranicznie zaufać, bez żadnych zastrzeżeń.

– I możesz tylko pod tym warunkiem, że jestem ochrzczony, mój biedny Julianie? Czy w takim razie nie można ufać Markowi Aureliuszowi? Filozofowi na tronie, człowiekowi pełnej integralności i najwyższych wzlotów duszy? Czy cała jego mądrość jest niczym w porównaniu z mądrością diakona Perditusa, byłego zapaśnika? Co ci się stało, Julianie?

Młody mężczyzna przycisnął dłonie do rozpalonego czoła, aż zbielały mu kostki palców.

– Nie wiem, Borecjuszu. Ta nowa mądrość mnie przytłacza, ryczy jak lwy, trąbi jak słonie i syczy jak węże. Jestem rozdarty na kawałki. To dla mnie za dużo…

– Jesteś chory, Julianie! – wykrzyknął Borecjusz, zrywając się z miejsca.

– Nie, nie, nie chory – wyszeptały wargi barwy popiołu. – Tylko zmęczony… bardzo zmęczony…

Łąka przyjęła łagodnie jego ciało i zapadła ciemność.

***

Kiedy Julian się obudził, leżał w łóżku, w swojej celi.

W tle zamajaczyła wielka twarz Borecjusza. Teraz się zbliżała, rosła i rosła, aż zdawała się wypełniać cały pokój. Ciemne, głęboko osadzone oczy wydawały się olbrzymie.

– Lepiej – odezwał się głos znikąd. – Lepiej. Dużo lepiej.

Mgła rozproszyła się i mógł już usiąść. Teraz widział jeszcze wyraźniej – to była ręka z pucharem, ręka Borecjusza z pucharem, który zbliżał się do jego ust, i głos powiedział:

– Wypij to.

Posłuchał, a to był ogień, zimny, ostro przyprawiony ogień; krew zaczęła szybciej krążyć w żyłach i teraz było już zupełnie dobrze.

– Co to było, Borecjuszu? Jaki niebiański lek mi podałeś?

Wielka twarz uśmiechnęła się.

– Sok z winogron ze wzgórz Chios, dar Bachusa, kolejnego z twoich chrześcijańskich demonów, bracie Julianie. Mój niewolnik zawsze niesie pełny bukłak, gdziekolwiek się udajemy. Nie… więcej nie. Nigdy wcześniej nie próbowałeś wina, prawda? Tak myślałem. Jego nadmiar zakłóca jasność myślenia, jak zobaczysz u innych.

Julian skinął głową.

– Już widziałem… raz – odparł. – Kiedy Chryzo… kiedy jeden z mnichów otworzył potajemnie drzwi do piwnicy, w której trzymają wino mszalne przed konsekracją. Zszedł tam i pił, pił. Musieli go stamtąd wynieść, nie mógł iść o własnych siłach. Wykrzykiwał okropne słowa i kopał braci, którzy go nieśli. Potem się pochorował…

Przez szczupłe ciało przebiegł dreszcz obrzydzenia.

– Od tamtego czasu nawet nie chciałem próbować wina.

– Wszystko jest trucizną, jeśli przyjmujemy to w niewłaściwej ilości, i nic nią nie jest, jeśli we właściwej – odrzekł spokojnie Borecjusz. – Zrozumiesz to któregoś dnia… kiedy będziesz starszy. Teraz już nic nie mów. Musisz spać. Rozmawiałem z diakonem. Jesteś na liście chorych, ze mną jako ze swoim lekarzem. Nie masz innych obowiązków niż wyzdrowieć. Śpij, Julianie…

Podniósł wielką dłoń i przesunął nią parę razy przed oczami i czołem chłopca.

Głowa Juliana opadła na bok, na twardą poduszkę wypełniona słomą.

Ktoś zapukał do drzwi.

– Wejdź – powiedział Borecjusz, rozpoznając szczególny rytm. Tak jak myślał, był to Hiempsal, który wszedł i głęboko się ukłonił, składając ręce na szerokiej piersi.

– Co się stało? Mów cicho.

– Żaden wysłannik nie opuścił jeszcze dzisiaj klasztoru.

– To dobrze.

– Ale jeden przybył, właśnie teraz, i słyszałem, jak rozmawia z tym wielkim mężczyzną, diakonem. Krąży pogłoska, że cesarz przegrał wielką bitwę pod Sin… Sing…

– Singarą?

– Tak, panie, właśnie tak. Mówią, że armia jest w całkowitym odwrocie.

– Czy ten posłaniec jest żołnierzem czy kapłanem?

– Kapłanem, panie. Jest ubrany tak jak ludzie, którzy tu żyją. Nazywają go bratem Markiem i przyszedł z innego klasztoru, gdzieś blisko perskiej granicy.

– Dobrze. Gdzie jest teraz?

– Z opatem.

– Tylko ich dwóch?

– Tak, panie.

– Idiota! Czemu nie podsłuchiwałeś pod drzwiami?

– Próbowałem, panie, ale mówią bardzo cicho, a drzwi są bardzo grube. Nic nie słyszałem.

Borecjusz zastanawiał się przez chwilę. Potem powiedział:

– Dobrze. Możesz iść.

Olbrzymi niewolnik wyszedł.

Podsłuchiwanie rozmowy opata z posłańcem nie było takie ważne. Dość logiczne wydawało się, że stary mnich chce wiedzieć, co się dzieje na świecie – zakonnicy bardzo rzadko opuszczali klasztor i nieczęsto miewali gości. Mało prawdopodobne, że posłaniec przyniósł wieści bezpośrednio z cesarskiego dworu, o rozkazach nie wspominając. Przypuszczalnie rozmawiali o jakichś sprawach ich zakonu. Dla tych ludzi wojna była sprawą uboczną, znacznie mniej ważną niż niezmówiona wieczorna modlitwa.

Jednak wynik bitwy pod Singarą mógł mieć poważne konsekwencje. Jeśli pogłoska była prawdziwa – a mogła być, skoro armią rzymską dowodził Konstancjusz – i jeśli klęska była dość poważna, mogły się pojawić kłopoty… duże kłopoty.

Pokonany cesarz jest zawsze w trudnym położeniu: musi zachować najwyższą czujność, jeśli nie chce konfrontacji z opozycją w kraju. Gdyby Konstancjusz poniósł zupełną klęskę, król Persji mógłby skorzystać z okazji i zaatakować Cesarstwo Rzymskie.

Może przekroczyć Eufrat, mają te swoje keleksy, tratwy z nadmuchanej koźlej skóry. Widziałem je dziesiątki razy. Wtedy mogliby wybrać, czy zaatakować Egipt – Sapor w głębi ducha nadal uważał go za utraconą perską prowincję, którą można odzyskać – czy Azję Mniejszą.

Egipt jest bardziej prawdopodobny – Persowie są z natury konserwatywni. Nie możemy jednak polegać na perskim konserwatyzmie.

Gdyby raz się odważyli, mogli pójść dalej na zachód, a to oznacza, że za parę tygodni mielibyśmy partyjską jazdę w Antiochii.

A z Antiochii nie jest daleko do Macellum.

Tak przedstawiała się sytuacja, gdyby Konstancjusz poniósł całkowitą klęskę.

Ale jeśli tylko przegrał bitwę, będzie uważał na zamieszki, które mogą się zacząć gdziekolwiek. Będzie studiował listy podejrzanych politycznie. Przeczesze je gęstym grzebieniem.

Może, choć to mało prawdopodobne, ale może pomyśleć o chłopcu.

A kiedy Konstancjusz o kimś myśli, zwykle oznacza to śmierć.

Nie możemy ryzykować, że pomyśli teraz.

Musimy działać… i to szybko. Jak tylko chłopiec wystarczająco dobrze się poczuje.

Wstał cicho i wymknął się z małej celi. Poeta Mucjan w jednym ze swoich bardziej złośliwych epigramatów nazwał go „dostojnym morświnem”, bo poruszał się jak morświn, płynnie, szybko, bezgłośnie. Zdawał się raczej ślizgać niż chodzić, jak gdyby z każdym ruchem mógł zmienić kurs i popłynąć w zupełnie innym kierunku.

Przy drzwiach wychodzących na dziedziniec zobaczył Hiempsala, który próżnował tam bez określonego celu.

Mijając go, rzucił mu skórzaną sakiewkę, którą niewolnik zręcznie złapał.

– Jedź do miasta, Hiempsalu – szepnął Borecjusz – i kup konia. Najlepszego, jakiego dostaniesz. Powiedz, że jeden z naszych okulał. Ale na razie zostaw go u sprzedawcy. Możemy go potrzebować za dzień lub dwa. Idź.

cdn.

Louis de Wohl

Powyższy tekst jest fragmentem książki Louisa de Wohla Cesarski odstępca.