Boża wojowniczka. Rozdział dziesiąty. Koronacja delfina

Przez Francję przetoczyła się fala plotek. Dziewica była świętą, zesłaną przez Boga, twierdzili jedni. Nie, była demonem prowadzącym całe państwo na skraj przepaści, utrzymywali drudzy. Ludzie mówili, że Joanna to chytra, zakłamana dziewucha, pozbawiona honoru, uganiająca się za bogactwem i władzą. Inni głosili, że Dziewica jest narzędziem świętych, pragnących zwrócić Francję Francuzom. Delfin był łatwowiernym głupcem, skoro dawał jej wiarę. Delfin wyrastał na prawdziwego króla. Anglicy przestali się liczyć. Anglicy utracili zaledwie garstkę żołnierzy i wycofali się tak, jak się cofa cięciwę przed wypuszczeniem nowej strzały.

W co mieli wierzyć nieszczęśni merowie i rajcy, arystokraci i biskupi, a także nieprzeliczone rzesze ludzi?

Tylu z nich straciło wiarę w delfina, który nigdy nie walczył o swoje prawa, w którego przestała wierzyć nawet własna matka, który stał się marionetką w rękach żądnych władzy i chciwych możnowładców. Trudno było uwierzyć, że delfin się zmienił. Co więcej, taka sytuacja stała się niebezpieczna. Anglicy utrzymywali, że królem Francji jest ich król, bo tak stanowi bardzo dobry traktat. Również książę Burgundii żywił pewne aspiracje, a zarówno Anglicy, jak i książę Burgundii, dysponowali własnym wojskiem, które umożliwiało im egzekwowanie praw i realizację aspiracji.

Czy w zaistniałych okolicznościach można było przykładać dużą wagę do niedawnych zwycięstw delfina, a raczej Dziewicy? Kto miałby śmiałość otworzyć bramy miasta przed nią i jej wojskiem, tym samym uznając zwierzchnictwo delfina? Przez sto lat Francja pozostawała podzielona na wojujące obozy. Podobno Dziewica poprzysięgła zmienić tę sytuację. Czy można było w to wierzyć? Czy należało ufać Joannie, zwłaszcza, że podobno wielu arystokratów na dworze delfina nie uważało jej za godną zaufania? Wiadomo było, że możnowładcy usilnie próbują powstrzymać jej niewątpliwy wpływ na słabego delfina.

Paryż z pewnością nie był w nastroju na dołączanie do beznadziejnej przygody – tak z perspektywy grodu nad Sekwaną wyglądała walka delfina z Anglikami. Wszystko, co dobre i wybitne musiałoby przecież mieć swoje początki w Paryżu. Czy prowincje w ogóle miały coś ciekawego do zaproponowania?

Poza tym, książę Burgundii nie zamierzał ryzykować. Wkroczył do Paryża wraz z siedmiuset ciężkozbrojnymi rycerzami oraz ich orszakami i został ciepło powitany przez księcia Bedford, uczonych ze światowej sławy uniwersytetu, a także dygnitarzy miejskich. W katedrze Notre Dame odprawiono uroczystą Sumę pontyfikalną, po której ludzie uczestniczyli we wspaniałej procesji, imponującej paradzie. Rektor Sorbony, w oficjalnym stroju, otoczony przez kadrę pedagogiczną, odczytał treść układu pokojowego, zawartego między Karolem VI – ojcem delfina, człowiekiem chorym umysłowo – a byłym księciem Burgundii. Wielu uczonych doskonale wiedziało, że traktat powstał z inspiracji sprytnej, przebiegłej królowej Izabelli, a król, jej mąż, nie wiedział co robi, gdy podpisywał haniebny dokument.

Nawet jednak w Paryżu pojawiały się głosy poparcia dla Dziewicy i delfina. Co najmniej jeden zakonnik, franciszkanin, ośmielił się wygłaszać na ulicach kazania, poświęcone Joannie…

***

Wydarzenia w Jargeau, Beaugency i Meung, a w szczególności bitwa o las Patay, natchnęły nową siłą „stronnictwo Dziewicy”. Jacques Coeur, finansista, skorzystał z możliwości zaciągnięcia własnego, ogromnego kredytu w zagranicznych instytucjach finansowych, a potem dopilnował, by pieniądze zostały wykorzystane zgodnie z ich faktycznym przeznaczeniem, do ostatniego miedziaka.

Dwóch uzdolnionych ludzi z gminu, bracia Gaspardowie, zreorganizowali i rozbudowali artylerię delfina. Wreszcie pojawiły się fundusze na opłacenie wojska i wyrównanie zaległości, a także na zakup sprzętu dla większej armii.

Po długim wahaniu delfin ośmielił się wyruszyć w kierunku prastarego miasta, miejsca koronacji wszystkich francuskich królów. Wraz z władcą podążyła najsilniejsza armia, jaką kiedykolwiek dysponował, dowodzona przez najwybitniejsze nazwiska Francji oraz… przez Dziewicę.

Nawet w takich okolicznościach, miasto Auxerre, francuskie od 1300 roku, lecz w głębi serca burgundzkie, nie chciało otworzyć bram i uznać delfina za króla. Rada miasta przesłała wiadomość, że jest gotowa poddać się władzy delfina wyłącznie wtedy, gdy miasta Troyes, Chalons i Reims uczynią to samo.

– Doskonale – zadrwił La Hire. – A jeśli będziemy musieli walczyć z tymi miastami, wówczas mieszkańcy Auxerre zaatakują nas od tyłu.

Joanna gorąco prosiła o natychmiastowe przypuszczenie szturmu na miasto, lecz tym razem opinia ostrożnych dowódców przeważyła. Armia podążyła dalej, pozostawiając za sobą niepokonane Auxerre.

Zacni obywatele Troyes skorzystali z wypróbowanego przepisu, bo skoro Auxerre uszło na sucho, to czemu oni mieliby mieć gorzej? Poza tym krążyły pogłoski, że książę Bedford maszeruje zmierzyć się z delfinem.

Książę de La Tremoille uparł się przy prowadzeniu negocjacji. Rozmowy ciągnęły się przez pięć dni i do niczego nie doprowadziły. W tym czasie skończyła się żywność – dopiero wtedy delfin postanowił domagać się wezwania Dziewicy.

– Szlachetny delfinie, ofiaruj mi niepodzielne dowództwo, a miasto będzie nasze – zaproponowała Joanna. – Wkroczysz do niego już jutro.

– Przekazuję ci niepodzielne dowództwo nad armią – ogłosił delfin pośpiesznie, zanim ktokolwiek zdążył zaprotestować.

Dziewica wyszła i z miejsca postawiła na nogi całe podległe jej siły zbrojne.

Obywatele miasta usłyszeli hałasy i masowo wylegli na mury i ujrzeli francuską armię, która szykowała się do boju. Wielkie nieba, czegoś takiego mieszczanie nie brali pod uwagę, gdy przystępowali do targów! Biskup Troyes opowiedział się za poddaniem miasta delfinowi i Dziewicy i wkrótce wybuchła gwałtowna awantura między obywatelami a burgundzkim garnizonem.

Zapadła noc, dla mieszkańców Troyes najgorsza od wielu lat. Następnego dnia po ich domach mógł nie pozostać kamień na kamieniu. Francuzi przytoczyli artylerię. Kobiety błagały mężczyzn o otworzenie bram.

Rankiem, francuscy trębacze zagrali sygnał do frontalnego ataku. Armia ruszyła do boju.

Zanim jednak padł pierwszy wystrzał, bramy otwarto i za mury wyszły władze miasta. Dostojnikom towarzyszył biskup, którego zabrali, by zapewnić sobie bezpieczeństwo. Mimo to drżeli, padając na kolana przed delfinem i jego dowódcami, a następnie błagając go o wybaczenie im uporu. Co jednak mieli począć, skoro w mieście stacjonował burgundzki garnizon, który praktycznie zmusił ich do przeciwstawienia się najjaśniejszemu delfinowi, więc to nie ich wina, prawda…?

Delfin wybaczył im z uśmiechem na ustach. Co do burgundzkiego garnizonu – pozwolił mu odejść wraz z całą bronią i wszystkim, co do niego należy.

Burgundzki garnizon wyruszył, lecz gdy żołnierze maszerowali przed francuską armią, Joanna zauważyła, że zabierają ze sobą grupę francuskich więźniów.

– W imię Boga! – krzyknęła. – Na to nie mogę pozwolić.

Burgundczycy mieli czelność zaprotestować. Delfin dał im słowo, że mogą zabrać ze sobą wszystko, co do nich należy, a więźniów uważali za swoją własność.

Przez kilka chwil otwarty konflikt wisiał w powietrzu.

Delfin podjechał bliżej. Gdy opowiedziano mu o incydencie, tylko się roześmiał.

– Wykupię tych ludzi od was – zapowiedział. – Po co macie czekać na okup, skoro możecie od ręki dostać pieniądze?

Burgundczycy byli zachwyceni. Francuscy jeńcy również, jak się nietrudno domyślić. Nawet Dziewica łagodnie się uśmiechała.

Propozycja Joanny najsilniejsze wrażenie wywarła jednak na merze i rajcach Troyes. Rozwiązanie godne męża stanu, powtarzali. Za marne kilkaset franków delfin kupił sobie gromadę przyjaciół na dworze burgundzkim, a do tego odzyskał więźniów. Ten młody książę miał jednak coś w sobie. Wspólnie postanowili napisać do Reims i zarekomendować tamtejszym władzom natychmiastowe otwarcie bram. „Wszystkich nas wprowadzono w błąd w związku z delfinem…”

Delfin zwrócił się ku Joannie.

– Twoja rada ponownie okazała się słuszna – przyznał. – Chcę, abyś wkroczyła do zacnego miasta Troyes przede mną… Już teraz!

***

Z Troyes delfin osobiście napisał list do władz Reims, zapowiadając swoje przybycie. Nie otrzymał odpowiedzi.

Chalons od razu otworzyło bramy i oficjalnie poddało się delfinowi oraz Dziewicy. Do Reims skierowano drugi list, potem trzeci. Odpowiedź nadal nie nadchodziła.

To przeciągające się milczenie wydawało się nienormalne. Coraz więcej mówiono o księciu de La Tremoille. Arcybiskup Regnault de Chartres nie wiedział, co o tym wszystkim myśleć, chociaż Reims było siedzibą jego własnej archidiecezji.

Dziewica nalegała, by iść za ciosem. Armia powinna pomaszerować dalej, jeszcze szybciej niż dotąd. Większość artylerii nie miała szansy utrzymać takiego tempa, armaty zostały z tyłu. Wielu dowódców coraz bardziej martwił rozwój wypadków.

***

Dowódcy garnizonu w Reims oraz członkowie rady miejskiej organizowali jedno zebranie po drugim. Dopóki delfin toczył walki w odległym rejonie Loary, miasto mogło bezpiecznie opowiadać się za rządami burgundzkimi. Teraz jednak zagrożenie zbliżało się. Delfin planował koronację w Reims. Książę Burgundii oraz Anglicy nigdy nie wybaczyliby Reims czegoś takiego… gdyby do koronacji doszło.

Kilka miesięcy temu cały problem wydawałby się niedorzeczny. Nikt wówczas nie brał pod uwagę możliwości całkowitej zmiany sytuacji. Lecz teraz? Potężna armia maszerowała na Reims, a na jej czele podążała ta dziwna istota. Nikt nie wiedział, czy to jest święta, czy czarownica, ale z całą pewnością była niebywale niebezpieczna, jeśli ktoś nie stosował się ściśle do jej poleceń.

Czy dowódcy mogli liczyć na odparcie ataku armii dowodzonej przez tę straszliwą Dziewicę? Czy mogli zagwarantować swój sukces?

Najbardziej kłopotliwe pytania stawiano jedno po drugim, lecz ani razu nie padła satysfakcjonująca odpowiedź. Podczas wojny nic nie dało się zagwarantować. Należało czekać. Może francuska armia nie była tak potężna, jak głosiła plotka. Kto wie…

Biskup Pierre Cauchon, człowiek o wyrazistej twarzy i szarej cerze, przemówił w imieniu księcia Burgundii, któremu zawdzięczał swoją diecezję w Beauvais. Podkreślił, jaką niedorzecznością byłaby rezygnacja z ochrony wielkiego księcia i poddanie się władzy delfina znanego wyłącznie ze swoich słabości, będącego pośmiewiskiem całego kraju do chwili, gdy jakaś szalona awanturnica dała mu oręż do ręki.

– To nie potrwa długo – zapowiedział duchowny. – Tego można być pewnym. Awanturnicy i awanturnice pojawiają się i znikają w mgnieniu oka. Dopilnujemy, by i ta odeszła. Przeciwstawimy się jej wszyscy, nawet starcy.

W jego ponurym głosie pobrzmiewała głęboko zakorzeniona nienawiść. Poczciwi rajcy zadrżeli.

– Przyjmijcie delfina – ciągnął biskup Cauchon. – Koronujcie go, a nie minie rok, może wystarczy nawet kilka miesięcy, i wszyscy zapłacicie głowami.

– Ale przecież lud… masy… – przypomniał mu mer nieśmiało. – Tyle osób popiera… tę dziewczynę. Nachodzą mnie w urzędzie, w domu. Nie chcą oblężenia miasta, nie chcą cierpieć, skoro mogą uczestniczyć w radosnej ceremonii koronacyjnej…

– I liczą na niemałe zyski związane z tą uroczystością – dodał duchowny zgryźliwie. – Nie zapominajcie, że delfin to żebrak. Ledwie udało im się zebrać jakieś pieniądze na armię. Pierwsze, co uczyni delfin po przejęciu władzy, to podniesie podatki. Ludzie z pewnością pokochają za to rajców, prawda? I co mam zrobić, skoro nie dysponuję prawem głosu w waszej radzie. A pomyśleć, że Beauvais poniesie klęskę, jeśli upadnie Reims. Gdybym jednak mógł się wypowiedzieć, oświadczyłbym: zamknijcie swoje serca na wezwanie delfina. Zamknijcie swoje bramy przed nim i przed jego armią. Zewrzyjcie szeregi, aby stawić czoło jemu i jego awanturnicy do czasu, gdy książę Bedford zajdzie ich od tyłu.

Mer wsłuchiwał się jednak w tumult na ulicy.

– Słyszysz te dźwięki, ekscelencjo? To okrzyki na cześć człowieka, którego ludzie już obwołali swym królem! Jak mam stawić opór tak potężnej armii, skoro nie mogę już polegać na lojalności miasta? Skąd mam wiedzieć, komu okazać lojalność w takiej sytuacji…?

– Otóż to! – przyłączył się jeden z radnych, wbrew ponuremu spojrzeniu biskupa pokrzepiony odgłosami zza okna. – Jesteś człowiekiem Kościoła, ekscelencjo, do tego uczonym. Wiesz, że niemal tysiąc lat temu święty Remigiusz właśnie w Reims koronował pierwszego króla Franków.

– Każde dziecko to wie – prychnął Cauchon.

– Sądzisz, że Dziewica jest zwykłą awanturnicą – kontynuował rajca. – Może i tak. Dziwne jednak, że pochodzi z wioski Domremy w Lotaryngii, Remigii Domus, domu Remigiusza, miejscowości nazwanej na cześć tego samego świętego…

– Ludzie powtarzają sobie mnóstwo fałszywych proroctw i upowszechniają przewidywania durniów, panie rajco – warknął Cauchon. – Do czego dojdziemy, skoro ludzie tak wysoko postawieni, jak ty, dają posłuch zwykłym bredniom?

– Gdyby tak przybył książę Bedford – westchnął mer.

W oddali zagrały trąbki.

– A to co? – spytał biskup i zmarszczył czoło.

– Trudno powiedzieć – mruknął lekko pobladły mer. – Sygnał obwieszcza dobrą nowinę, ale jaką? Ciekawe…

Na korytarzu rozległ się stukot pośpiesznych kroków. Po chwili ktoś lekko zastukał do drzwi i na progu stanął sekretarz rady miejskiej.

– Panie merze, panie merze, dlaczego mi nie powiedziałeś…

– Czego ci nie powiedziałem? – zdumiał się mer.

– Że wydałeś rozkazy otwarcia bram miasta, rzecz jasna – odparł sekretarz, drżąc z oburzenia. – Powinienem był o tym wiedzieć. Jak mam przygotować poduszkę i insygnia miasta?

– Co ty wygadujesz, człowieku? – warknął mer. – Kto powiedział, że rozkazałem otworzyć bramy? I przed kim mają być otwarte?

– Przed delfinem, oczywiście – wykrztusił sekretarz. – Jego przednia straż właśnie wkracza przez wschodnią bramę, otwartą przez dowódców milicji. Będzie tutaj za pół godziny. A ja mam na sobie codzienną odzież… I ty także, panie…

– Milicja przeszła na stronę delfina – wyjąkał mer. – Na wszystkich świętych, co robić?

– Jak to co? Trzeba natychmiast pędzić do wschodniej bramy, rzecz jasna – poradził rajca, który wspomniał świętego Remigiusza oraz wioskę, nazwaną na jego cześć. – Nie możemy dopuścić, aby delfina witała tylko milicja i pospólstwo. Miasto trzeba godnie reprezentować.

– Masz rację. – Mer zadzwonił na służbę. – Kapelusz, laska, łańcuch – rozkazał. – Wszyscy urzędnicy mają stawić się za pięć minut. Musimy ruszać do wschodniej bramy. – Nagle przypomniał sobie o biskupie Beauvais. – I cóż, ekscelencjo. Co teraz powiesz? – Z uśmiechem odwrócił się do duchownego. Krzesło było puste.

– Ekscelencja wyszedł minutę temu – wyjaśnił sekretarz rady. – Wyglądało na to, że się ogromnie śpieszy.

– Nic dziwnego. Sam bym się śpieszył, gdybym powiedział to, co on. – Mer zawiesił na szyi ozdobny łańcuch, wręczony mu na czerwonej poduszce przez jednego ze służących. Następnie wepchnął kapelusz na łysinę i chwycił laskę ze złotą rączką. – W drogę. Złożymy hołd delfinowi… a raczej królowi, rzecz jasna.

***

– Vive le roi! – krzyczeli mieszkańcy Reims. – Niech żyje król!

Z okien zwisały flagi i sztandary, dywany i draperie, a ludzie przebrali się w odświętne stroje. Nastał dzień nad dnie, dzień koronacji. Dla większości obywateli było to pierwsze tak uroczyste wydarzenie. Poprzednią intronizację przeprowadzono niemal pół wieku wcześniej.

Zabrakło czasu na stosowne przygotowania, choć ta uroczystość wymagała wyjątkowo dużo zachodu, a brakowało prawie wszystkiego. Przede wszystkim nie było korony. Stara korona francuskich królów zaginęła. Mer skierował do poszukiwań wszystkich urzędników. Sam odchodził od zmysłów: cóż to byłby za wstyd dla Reims, gdyby właśnie w tym mieście zawieruszyły się królewskie insygnia władzy! Przetrząśnięto dziesiątki budynków, od piwnicy po strych. Przesunięto kilka ołtarzy w katedrze. W końcu natrafiono na zgubę, ukrytą pod stertą szat liturgicznych i oficjalnych, zgromadzonych w zakrystii. Brakowało jednak także królewskiej peleryny, a także starego miecza i przede wszystkim świętych olejów, wedle legendy po raz pierwszy użytych przez króla Franków Chlodwiga. Święta ampułka, w której przechowywano substancję, podobno zawsze była pełna. Znaleziono ją w klasztorze Świętego Remigiusza. Opat osobiście zaniósł ją do katedry, aby ponownie posłużyła królowi Francji.

W kilka godzin z półek sklepowych znikły całe zapasy jedwabiu, brokatu i skóry. Wszystkie krawcowe w mieście miały pełne ręce roboty przez całą noc, gdyż ze świecą można było szukać damy, która nie chciałaby zabłysnąć na uroczystości całkowicie nową suknią.

Ze wszystkich stron napływali obcy. Niektórzy kilka tygodni wcześniej opuścili rodzinne domy w przekonaniu, że dojdzie do tak ważnego zdarzenia. W gospodach i noclegowniach roiło się od gości, a z godziny na godzinę nadciągały ich nowe rzesze.

Dziewica przez całą noc nie zmrużyła oka. Modliła się żarliwie, lecz nie myślała tylko o nadchodzącym dniu. Właściwie nie miała się nad czym zastanawiać. Od bardzo dawna żyła w przekonaniu, że dojdzie do koronacji. Bóg wybrał ją za pośrednictwem świętych, by doprowadziła do wyniesienia delfina na tron. Co jednak miała robić potem? Anglicy nadal zajmowali połowę Francji. Bóg z pewnością nie chciał, by rezygnowała w pół drogi. Niewątpliwie nie tak miał wyglądać koniec jej misji.

Choć modliła się szczerze i gorliwie, Głosy milczały. Jej ukochane, najbliższe Głosy, czasem niepokojące, niekiedy krzepiące. Głosy milczały…

Nie odezwały się także wtedy, gdy nastał poranek, a wraz z nim wielki dzień dla Reims i dla Francji. Wielki dzień dla delfina.

– Nadszedł twój wielki dzień – zauważył La Hire, zwracając się do Joanny, gdy wyszła na ulicę. Tuż za progiem czekał na nią kolorowy orszak dostojników. – Dzisiaj ziści się wszystko to, co przewidziałaś. To dla ciebie dzień dumy.

– Niech Bóg broni – zaprotestowała wstrząśnięta. – Nie chcę, by ten dzień napawał mnie dumą. – Nie raz i nie dwa dokonywała rachunku sumienia, aby wiedzieć, czy nadal pozostaje pokorną służebnicą Boga i jego świętych, czy nie wpędził jej w pychę ciągły podziw i uwielbienie ze strony ludzi, arystokracji, wreszcie samego delfina. Wiedziała, że gdyby do tego doszło, przestałaby być Bożym narzędziem. Wszystko, co się stało, było zrządzeniem Boga, i tylko Jemu należała się za to chwała. Nie wybrał jej dlatego, że posiadała nadzwyczajne zdolności. Ta decyzja Go zadowalała, i nic ponadto. Bóg uczynił z niej swój instrument, i jeśli taka będzie Jego wola, odbierze jej to wyróżnienie. Stworzył ją, należała do Niego. Jako jej Stwórca miał prawo do dysponowania wszystkim, co do niej należało. Gdyby tak postanowił, mógł jej odebrać to, co jej ofiarował, a ona nie miała prawa się uskarżać.

Dostojnicy odprowadzili Joannę do katedry, otoczeni tłumem ludzi wykrzykujących pod adresem Dziewicy słowa pochwały, modlitwy. Nazywali ją wyzwolicielką Francji, największą córką narodu francuskiego, świętą. Próbowali ją całować po rękach, stopach, w rąbek szaty.

– Dobry Boże, Panie mój – modliła się. – Chroń mnie przed grzechem pychy.

Przez tłumy przetaczały się coraz to nowe fale aplauzu. Joanna szła spokojnie, wreszcie zatrzymała się przed głównym wejściem do katedry, architektonicznego cudu, większej i piękniejszej niż Notre Dame. W całej Francji nie zbudowano tak imponującej budowli, z wyjątkiem katedry w Chartres.

Przy wejściu do kościoła Joanna przystanęła wraz z liczną grupą arystokratów. Nieopodal zatrzymał się arcybiskup Regnault de Chartres, otoczony wianuszkiem prałatów w czerwieni, bieli i fioletach. Byli tu także biskupi Laonu, Chalons, Seezu i Orleanu.

Dzwony kościelne w całym Reims dzwoniły niezmordowanie.

Nagle zagrzmiały setki fanfar, a tłumy zaryczały entuzjastycznie. Pojawił się delfin, ubrany w złoto, na czele pochodu setek dostojników. Zbliżając się do drzwi katedry dostrzegł Dziewicę.

– Joanno – przemówił. – Pójdź za mną. Gdy będę namaszczany, stój za moimi plecami wraz ze swoim sztandarem, albowiem w dzisiejszym dniu to miejsce należy się tobie.

Na krótką chwilę pokrzepiła się szczęściem, które dostrzegła na obliczu przyszłego króla. Posłusznie podążyła za nim do katedry.

Młody mężczyzna o prostym obliczu musiał wypowiedzieć słowa uroczystej przysięgi. Zgodnie z jej treścią, zobowiązywał się do zachowania pokoju, utrzymania przywilejów Kościoła, chronienia poddanych przed niesprawiedliwymi żądaniami, rządzenia sprawiedliwego i miłosiernego. Następnie książę de Alencon uzbroił delfina jak rycerza. Dwóch dostojnych arystokratów podniosło go wraz z tronem, a dwóch innych przytrzymało mu wysoko nad głową koronę. W ten sposób „okazano go ludowi”, tak jak to czyniono w zamierzchłych czasach, kiedy króla obierano za jednomyślną zgodą ludu i unoszono na tarczy. Gdy tron ponownie stanął na podłodze, świątobliwy opat klasztoru Świętego Remigiusza namaścił delfina świętymi olejami.

– Noël! – zawołała gawiedź, ściśnięta w wielkiej katedrze. Mury budowli zatrzęsły się od starego, francuskiego okrzyku radości, gdyż szczęście uczestniczenia w koronacji było dla zebranych równe radości ze świąt Bożego Narodzenia. – Vive le roi! Noël! Niech żyje Karol VII!

Dziewica uklękła przed królem i w jednej chwili zapadła kompletna cisza.

– Najjaśniejszy panie – powiedziała drżącym głosem. – Boża wola się spełniła. Przełamałam oblężenie Orleanu i doprowadziłam cię do Reims, abyś tutaj został namaszczony na króla. Teraz od ciebie zależy, czy zapiszesz się w historii jako władca prawdziwy i jedyny, wybrany i uprawniony do kierowania królestwem francuskim.

Król osobiście pomógł jej wstać. Od ścian katedry ponownie odbiło się echo entuzjastycznych okrzyków kolorowej ciżby. Niektórzy z zebranych dostrzegli łzy w oczach Dziewicy.

cdn.

Louis de Wohl

Powyższy tekst jest fragmentem książki Louisa de Wohla Boża wojowniczka.