Błyskawice. Rozdział drugi

Między jednym przekupniem a drugim wchodził jakiś diuk, margrabia, hrabia, kawaler; każdy z nich posiedział kilka, najwyżej kilkanaście minut, obsypał hrabinę garścią wonnych komplementów, opowiedział jakąś plotkę i wychodził, obiecując dalszy ciąg nowin dnia w Lasku Bulońskim.

Pani de Bar oglądała, wybierała, kupowała, radząc się gości, ciągle przerywając robotę swoich pokojowych.

Swobodzie jej ruchów, odsłaniających wdzięki ładnej, trzydziestoletniej kobiety, wicehrabia de Clarac trochę się dziwił. Wprawdzie nie były mu obcymi zwyczaje i obyczaje wielkiego świata paryskiego, bo towarzystwo prowincjonalne skwapliwie naśladowało stolicę, ale wieś i mniejsze miasta szanowały jeszcze dawną staroświecką wstydliwość. I w Tuluzie, gdzie służył jako oficer Jego Królewskiej Mości, żony jego kolegów przyjmowały przy toalecie płeć brzydką, ale przed zwierciadłem zasiadały zwykle już ubrane. Panie gawędziły, a pokojowe ich poprawiały, kończyły fryzurę lub zapinały jakąś rozmyślnie zapomnianą haftkę.

A pani de Bar w peniuarze, który wcale nie zakrywał jej pełnego biustu i obnażonych ramion, i w maleńkich, różowych pantofelkach, z których wychodziła cała stopa, naprawdę ubierała się w obecności mężczyzn.

Młodemu oficerowi z prowincji trochę zbyt swobodną wydała się ta swoboda wielkiej damy paryskiej.

Nareszcie, po godzinie hrabina była opięta, uczesana i upudrowana złotym pudrem, który jej czarne, bujne włosy zmienił w rudawe.

Żegnając się z kuzynem, rzekła:

– Nie zapomnij być dziś u mnie na obiedzie. I pana, naturalnie, panie księże, bardzo proszę. Po obiedzie pojedziemy do pani de Beauharnais na filiżankę kawy. Do widzenia… Ach, prawda, byłabym zapomniała. Mam nadzieję wkrótce powitać u siebie zamiast zwyczajnego ojca de Courcel, kanonika de Courcel, kanonika doskonale uposażonego.

Błysk radości zaświecił w oczach młodego księdza.

– Byłażby hrabina łaskawa wstawić się za mną u Jego Eminencji, kardynała de Rohan? (1)

– Użyłam całej swojej wymowy, aby przekonać Jego Eminencję, że tak oświeconemu, doskonale wychowanemu i miłemu księdzu, jak pan de Courcel, należy się najlepsza kanonia jego diecezji i zdaje mi się, że nie trudziłam się daremnie.

– Nie wiem, doprawdy, czym zasłużyłem na takie względy. Pani hrabina dla mnie zanadto łaskawa.

– Dla dobrych przyjaciół nie jest się nigdy zanadto łaskawym. A teraz do widzenia.

Hrabina była już na progu sąsiedniego pokoju, kiedy się nagle odwróciła.

– Kochany ojczulku, przepraszam, chciałam pana prosić o drobną grzeczność. Czy mogę?

– Prawem hrabiny rozkazywać, obowiązkiem moim być z radością posłusznym.

– Mówiła mi pani de Grouchy (2), że Greuze (3) ma na sztalugach prześliczną główkę. Może by pan był łaskaw zajść do Greuze’a i zobaczyć ową główkę. Jeżeli w istocie tak ładna, jak twierdzi marszałkowa, z przyjemnością powiększyłabym nowym dziełem mistrza moją galerię. Lubię jego pędzel. Byłabym panu także bardzo wdzięczna, gdybyś zaszedł na chwilkę do księgarni Chevaliera i przejrzał najnowsze broszury. Ciekawsze, modniejsze, niech mi pan każe przysłać. A teraz już naprawdę do widzenia.

Hrabina uśmiechnęła się do księdza, kuzynowi przesłała końcami palców od ust pocałunek i znikła za portierą (4).

– Pan wicehrabia dawno w naszym miłym Babilonie? – zapytał ksiądz, wychodząc razem z rotmistrzem.

– Dopiero od wczoraj.

– Ale nie po raz pierwszy?

– Byłem w Paryżu kilka razy. Ostatnim razem pięć lat temu.

– W takim razie może pan nie wzgardzi moją znajomością stolicy, która od lat pięciu bardzo się zmieniła. Służę z przyjemnością.

Rotmistrz spojrzał nieufnie na wytwornego księdza w świeckich sukniach. Wiedział on, że Paryż roi się od młodych księży, którzy pozostają z ołtarzem w bardzo luźnym związku. Jedni pełnią w bogatych domach służbę nauczycieli, inni bawią się w literaturę i dziennikarstwo, jeszcze inni po prostu dekorują swoimi koloratkami i płaszczykami salony, nie zajmując się niczym, odgrywając rolę filozofów, nieprzesądnych rezolutów (5), a wszyscy schlebiają, wysługują się wpływowym osobistościom za obiecaną nagrodę w formie jakiegoś intratnego beneficjum (6).

Przeto zawahał się, namyślając się przez kilka chwil: „Przyjąć towarzystwo księdza czy odpowiedzieć mu wymijająco?”. Ale był szlachcicem francuskim osiemnastego stulecia, wcieleniem dobrego wychowania, uprzejmości, stawiał grzeczność na równi z honorem. Pan de Clarac nie mógł obrazić pana de Courcel.

– Z wdzięcznością będę korzystał z doświadczenia księdza – rzekł rotmistrz.

– Jeżeli pan nie ma w tej chwili nic lepszego do roboty, możemy pojechać do Lasku Bulońskiego.

– Do Lasku Bulońskiego! – rozkazał rotmistrz woźnicy.

Minęło już południe. Nad Paryżem, na pogodnym niebie błyszczało słońce, ale nie był to płomienny wulkan z góry na dół sypiący potoki światła i żaru. Małe, chłodne, bezpromienne słońce grudnia daremnie walczyło z mroźnym oddechem zimy, który szedł od północy.

Pogodny dzień na brudne, źle brukowane ulice bez bocznych chodników dla pieszych wywabił tłum ludzi. Ten tłum był jakiś cichy, milczący, osowiały. Wielkie mnóstwo obdartusów leniwie wlokło się wzdłuż domów. Na wszystkich rogach, na schodach kościołów, przed bramami bogatszych domów widać było gromadki żebraków.

– Wesoły pięć lat temu Paryż posmutniał – zauważył wicehrabia.

– Nędza odjęła lekkomyślnemu, wesołemu ludowi paryskiemu jego dawny humor – objaśnił ksiądz. – Chleb tak podrożał, że stał się zbytkiem dla ubogich.

– I prowincję okrutnie wysmagały nieurodzaje ostatnich lat – mówił wicehrabia. – Bieda z nędzą rozgościły się nie tylko w chatach chłopskich, pastwią się nie tylko nad ubogimi. Do naszych szlacheckich zamków niedostatek ciśnie się drzwiami i oknami. Gdyby nie przywileje feudalne, wielu z nas nie miałoby z czego żyć.

– Najgorsze, że nędza sączy w dusze ludu jad nienawiści do wszystkich, którzy nie umierają jeszcze z głodu. Niech się pan uważnie przypatrzy twarzom obdartusów i żebraków.

Z urwaną w połowie klątwą, podobną do gniewliwego warknięcia złego psa, biedacy ustępowali z drogi powozom, które nie uważały za potrzebne zwracać uwagi na pieszych. Te wszystkie kabriolety (7), berlinki, dyliżanse, alemandy, saboty, gondole, powozy i powoziki najrozmaitszych kształtów, otwarte i zamknięte, pędziły po nierównym bruku co koń wyskoczy, jak gdyby na ulicach oprócz nich nie było nikogo. Tu i ówdzie wśród tłumu pieszych podniosła się groźna pięść lub spode łba mściwe oko błysło jaskrawym blaskiem nienawiści.

– Lud paryski, obryzgiwany błotem ulicy, potrącany łbami koni, śmiał się dawniej, dowcipkował po swojemu, swawolił, a teraz warczy i grozi złem okiem – mówił ksiądz. – Idzie ulicami stolicy głuchy pomruk, uchwytny tylko, wyraźny dla tych, którzy z urzędu patrzą w serce ludu. My, księża, słyszymy w konfesjonale, w brudnych norach nędzarzy, dokąd śmierć wzywa nas z olejami świętymi, z ostatnim namaszczeniem, takie skargi i złorzeczenia, iż gdyby mogli słyszeć je nasi salonowi mędrkowie filozoficzni, nasi upudrowani, wyżabotowani (8) reformatorzy, odeszłaby ich ze strachu o własną skórę ochota do wywracania istniejącego porządku. Ale oni nie uważają za potrzebne spojrzeć w duszę ludu, wsłuchać się w tłumiony płacz jego słusznych skarg, chociaż bezustannie rozprawiają dziś o duszy tego ludu.

Wicehrabia słuchał zdziwiony. Ten światowy ojczulek, składający pięknym damom wizyty przy toalecie, załatwiający w mieście ich sprawunki, słuchał spowiedzi, chodził do chorych z Wiatykiem? Wydawało mu się to nieprawdopodobne.

Rozumny wzrok księdza dostrzegł zdziwienie malujące się na twarzy oficera.

– Widząc mnie u pani de Bar w roli uprzejmego światowca – rzekł z uśmiechem – zaliczył mnie pan do znanego we Francji gatunku owych próżniaczych ojczulków paryskich, owych nędznych karierowiczów, którzy plamią stan duchowny. Niech się pan nie tłumaczy, ma pan bowiem prawo nie ufać księdzu, który skrada się przez salon do godności kościelnych. Ale jako Francuz osiemnastego stulecia, wie pan równie dobrze jak ja, że wszystkie posady, godności, zaszczyty, beneficja od stu lat rozdaje u nas łaska lub kaprys kobiety, że nie płeć mocna rządzi Francją, lecz słaba. Powie pan słusznie: „Cóż tobie, księdzu, po intratnym beneficjum?”. Niestety, nie jestem tylko księdzem. Sześcioro ubogiego rodzeństwa czeka na moje fiolety w dziurawym zamku bretońskim. Siostry zostaną starymi pannami, bracia się zmarnują, jeżeli pani de Bar nie zdoła wyżebrać dla mnie u kardynała Rohana jakiejś dobrej kanonii. Jako szlachcic z prowincji doskonale zna pan smutne stosunki naszej kasty. W starych, dziurawych, wyszczerbionych zamczyskach szlachty wiejskiej ubóstwo drwi z naszych spleśniałych pergaminów, tradycji historycznych i szumnych tytułów.

Pan de Clarac spojrzał teraz na pana de Courcel życzliwym okiem. I on należał do owej szlachty wiejskiej, która oddalona od dworu królewskiego, od źródła zaszczytów i złota, sypała się w gruzy, uboższa z każdym pokoleniem.

Byli już w Lasku Bulońskim.

Z dwu stron, z miasta i do miasta, tam i na powrót przesuwały się obok nich barwne, migotliwe szeregi jeźdźców. Przepyszne konie kłusowały, galopowały alejami, niosąc na grzbietach piękne panie i wytwornych panów. Grzywy splecione białymi, czerwonymi, zielonymi, złotymi wstęgami, unoszone w ruchu, falowały w powietrzu; błyszczały siodła i uździenice gęsto nabijane srebrem i drogimi kamieniami, co chwila uchylały się kapelusze panów i pochylały się piórami strojne głowy pań.

Słynny doktor Tronchin (9), „Rousseau (10) medycyny”, i jego następcy: Lorry, Barthes, ulitowawszy się nad bladą, więdnącą cerą pań, nakazali płci pięknej używać ćwiczeń fizycznych, dużo poruszać się na świeżym powietrzu. Doktorowie Tronchin, Lorry, Barthes byli doktorami modnymi, światowymi. Cały wytworny światek paryski wsiadł więc na konia i galopował przed obiadem w Lasku Bulońskim, lecząc cerę i nerwy zniszczone, wyczerpane, rozstrojone nocnymi biesiadami, zabawami, dysputami.

Wicehrabia rozglądał się z zaciekawieniem po tym barwnym tłumie, któremu drożyzna chleba nie odjęła humoru, bo nie odczuwał na sobie jej okrucieństwa. Co chwila zatrzymywała się któraś z amazonek, kuszącym uśmiechem przywołując do swego boku któregoś z przejeżdżających panów. Szeptano, śmiano się, gawędzono wesoło.

W pełnym galopie obok powozu Claraca przemknęła jakaś młoda dama. Pędziła tak szybko, iż miała zaledwie czas rzucić księdzu de Courcel przyjazny uśmiech. Siedziała doskonale, ze swobodą doświadczonego jeźdźca, na czarnej klaczy, której grzywa mieniła się złotymi i srebrnymi wstęgami. Ogień śmiałej, odważnej młodości tryskał z czarnych oczu damy, ubranej w krótką, zieloną amazonkę (11), spod której było widać płytkie trzewiki z różowej skóry bez obcasów, i w zielony męski żakiet. Szeroki krawat z białej gazy, zawiązany fantazyjnie, zakrywał jej szyję, na włosach, ujętych z tyłu w warkocz zakończony kokardą, miała wełniany kapelusz, ożywiony pióropuszem.

Pan de Clarac obejrzał się za nią kilka razy.

– Żwawa niewiasta – wyrzekł, gdy zniknęła w tłumie jeźdźców.

– Żwawa i śmiała nie tylko na koniu – objaśniał ksiądz. – Jest to hrabianka de Laval, kuzynka utalentowanej hrabiny de Laval (12), zawzięta filozofka i gorliwa apostołka idei przewrotowych. Zdaje się, że ma jakiś majątek w pańskich stronach, nad Lotą czy Garonną. Zobaczy ją pan dziś u pani de Beauharnais.

cdn.

Teodor Jeske-Choiński

(1) Louis René Édouard de Rohan (1734–1803), znany jako kardynał de Rohan – francuski arystokrata i dyplomata, potem biskup Strasburga, Wielki Jałmużnik Francji, ateista i mason.

(2) Najprawdopodobniej: Cécile le Doulcet de Pontécoulant (1767–1827) – pierwsza żona Emmanuela de Grouchy (1766–1847) – francuskiego generała, marszałka Francji i para Francji, ostatniego z marszałków Napoleona.

(3) Jean-Baptiste Greuze (1725–1805) – francuski „malarz moralista” i rysownik, mason; oprócz scen rodzajowych artysta tworzył portrety, w tym przedstawienia młodych kobiet zawierające subtelne, erotyczne podteksty.

(4) Zasłoną u drzwi lub okna z grubego, ciężkiego materiału.

(5) Ludzi rezolutnych; szybkich w działaniu; umiejących poradzić sobie w każdej sytuacji; zdecydowanych na wszystko.

(6) Tu: urzędu kościelnego, z którym związane są dochody.

(7) Dawniej: lekkie jednokonne, resorowane pojazdy dwukołowe o podwyższonym siedzeniu.

(8) Żabot (z fr.) – ozdoba z cienkiej zmarszczonej tkaniny, przypinana lub przyszywana pod szyją na przodzie bluzki, sukienki lub koszuli.

(9) Théodore Tronchin (1709–1781) – lekarz pochodzący z Genewy, propagator szczepień ochronnych przeciw ospie, przywiązywał dużo uwagi do propagowania zasad higieny i zdrowego trybu życia, dostępu świeżego powietrza, ruchu, niekrępujących ubrań; był przeciwko zamykaniu chorych w zamkniętych pomieszczeniach.

(10) Jean-Jacques Rousseau (1712–1778) – genewski pisarz tworzący w języku francuskim, filozof, pedagog, teoretyk muzyki; miał pięcioro dzieci, które oddał do sierocińca, nie chcąc nawet znać ich imion.

(11) Damski strój do konnej jazdy – długą suknię o obcisłym stanie i szerokiej, fałdzistej spódnicy.

(12) Najprawdopodobniej: Marie-Louise-Mauricette de Montmorency-Luxembourg (1750–1829) – żona Anne-Alexandra Sulpice’a Marie-Josepha de Montmorency (1747–1817) – żołnierza, markiza i księcia Laval.

Powyższy tekst jest fragmentem książki Teodora Jeske-Choińskiego Błyskawice.