Bicz Boży. Rozdział ósmy

Etel wrócił z konnej przejażdżki. Teraz czekał, usadowiony na leżance jak wielki, niezdarny ptak, milczący i niecierpliwy. Jazda konna dobrze mu zrobiła – jak zawsze, zwłaszcza odkąd przestali wysyłać z nim strażników. Wrócił późno… godzinę po zachodzie słońca. Ale żołnierze w małej wieży strzegącej wejścia do pałacu nawet nie przerwali gry w kości, a dowódca warty w pałacowym skrzydle tylko się uśmiechnął. Może to wszystko było jej zasługą.

Wróciła z Rawenny tego wieczoru, wiedział o tym. Dwie godziny temu widział jej konie prowadzone do stajni. Nikt jednak nie wsunął dotąd pod jego drzwi czerwonego piórka, więc nie wiedział, czy znów go oczekuje tej nocy czy nie. Nie mógł się z nią widzieć bez czerwonego piórka – wiadomości od niej, że droga jest wolna. Mógł to zrobić raz – ale nie za często. Pięć dni temu pojawiło się po raz ostatni, potem wyjechała do Rawenny. Wiedział w jakiś sposób, że wróci dzisiaj, na długo przedtem, nim zobaczył jej konie. Brak wiadomości do tej pory był dość zrozumiały. Wieczorem odbywał się bankiet – słyszał muzykę, kiedy wiatr zawiewał z zachodu.

Tak, wiedział, że ona wróci. Wiedział o tym już w czasie jazdy, tak jak zawsze. Nie potrafił tego opisać. Powietrze było inne. Grzywa konia sypała iskrami, kiedy ją głaskał.

Nagle zesztywniał. Ktoś drapał w drzwi. To nie mogła być wiadomość, na którą czekał – zwykle przysyłała niewolnika, który wsuwał małe czerwone piórko i odchodził. Teraz drzwi się otworzyły.

Niski, szczupły człowieczek wszedł szybkim krokiem i stanął niepewnie, przestępując z nogi na nogę i wpatrując się w Etela małymi, skośnymi oczami. Miał na sobie brązową tunikę bez rękawów, z szerokim skórzanym pasem, z którego zwisał długi zakrzywiony sztylet.

– Zamknij drzwi, Cigurze – rzekł Etel, kiedy już odzyskał oddech.

Twarz Cigura przeciął szeroki uśmiech. Spełnił polecenie i pospieszył do swojego pana: upadł na kolana i ucałował jego stopy.

– Pozdrawiam księcia – zaskrzeczał, trzęsąc się z radosnego śmiechu. – Pozdrawiam księcia. Ahi – jak dobrze to powiedzieć.

Etel potwierdził to cieniem uśmiechu. Etykieta nie pozwalała na więcej, ale jego też przepełniała radość. Sam widok człowieka z własnego plemienia był radością, a Cigur był jego osobistym sługą, strażnikiem i zbrojmistrzem. Tylko bogowie wiedzieli, od jak dawna był daleko od domu – ale zdawał się nieść ze sobą zapach równiny tak szerokiej, że kopyta najszybszych koni nie mogły jej przemierzyć w całe trzy dni i więcej. Nozdrza Etela rozszerzyły się. Jakakolwiek była wiadomość, którą przyniósł Cigur – dobrze, że tu był.

– Możesz mówić, Cigurze.

Mały człowieczek nabrał powietrza.

– Widok księcia jest jak widok najlepszego konia, który wydawał się zaginiony. Widok księcia jest jak najlepszy łuk…

– Kiedy wyruszyłeś z domu, Cigurze?

– Od tego czasu księżyc był dwa razy w pełni, książę. Chan wysłał mnie do rzymskiego dowódcy Aecjusza.

Etel skinął głową.

– Pamiętam go; mów dalej. – Od miesięcy przeklinał noc w noc jego imię. To przez Aecjusza stał się zakładnikiem. Ale teraz nie było czasu na przekleństwa.

– Wysłano mnie do niego wraz z innymi, bym wziął złoto należne chanowi w święto bogini koni – podjął Cigur. – Zapłacił złotem i tamci z nim wrócili. Ale ja… pomyślałem o księciu, któremu służę, któremu służyłem przez całe swoje życie i którego uczyłem bawić się mieczem i łukiem i tego, jak żebra konia powinny się uginać pod nogami jeźdźca, i zapytałem Rzymianina, czy mógłbym zobaczyć miasta cesarza, o których mówią, że zbudowano je ze złotych cegieł, a ich ulice wybrukowano srebrem. A on roześmiał się i zgodził, bym z nim pojechał – bo sam chciał odwiedzić cesarzową.

Etel znów skinął głową.

– Więc jest tutaj. Nie powiedzieli mi o tym. Mów dalej. Czy chan jest zdrowy?

Cigur uniósł ręce w geście zwątpienia.

– Chan jest stary, książę – a Budrul mówi, że nie zobaczy następnej zimy.

– Chcę usłyszeć wiadomość od ciebie – odparł sucho Etel. – Nie gadanie starych kobiet. – Wiedział jednak, że Budrul ma rację – jak zwykle. Więc ona żyła. A chan Ruas miał niedługo umrzeć.

– Książę Bleda?

– Książę jest zdrowy.

Zapadła cisza.

– Plemię cię nie zapomniało, książę – szepnął Cigur. – Ja sam rozmawiałem z wieloma… Mówią, że śmiech umilkł, odkąd książę Etel wyjechał, i że ręce ich świerzbią do działania i świerzbią na próżno. Mówią, że bez głowy żaden kasztan nie jest koniem. Niektórzy powiedzieli to otwarcie nawet w obecności chana i księcia Bledy. Mówią…

Krótki gest zatrzymał potok jego wymowy.

– Arykan, Cigurze?

Mały Hun rozpromienił się.

– Twój drugi syn dosiądzie konia, zanim spadnie śnieg, książę. Jego matka czeka na ciebie z nadaniem imienia. A Hereka i Ellak mają się dobrze. I Ellak ustrzelił swojego pierwszego wilka jedną strzałą.

Tym razem Etel uśmiechnął się szeroko, pokazując wszystkie zęby. Uśmiech zamarł mu jednak na twarzy i Cigur zobaczył w jego oczach inny wyraz – błysk podniecenia i triumfu. Z miejsca, na którym klęczał, nie widział tego, co Etel – małego czerwonego piórka na podłodze przy drzwiach.

– To dobrze, Cigurze – rzekł z głębokim westchnieniem.

Mały Hun nie przekazał jednak jeszcze wszystkich wieści.

– Ludzie w rzymskiej służbie są zmęczeni – szepnął. – Większość z nich wolałaby wrócić na równiny. Potrzebują człowieka ich krwi, który by ich wezwał. I plemię czeka na młodszego księcia. Sorosgowie ukradli dużo bydła, a chan Ruas jest za stary, by poprowadzić przeciw nim ludzi. A książę Bleda zawsze się waha. To jest dobry moment, książę.

Czekała na niego. Cigur miał rację – to był dobry moment z wielu powodów. Kilka miesięcy temu natychmiast podjąłby decyzję. Nie pilnowali go mocno – właściwie prawie wcale nie pilnowali. Mógł zniknąć i odjechać daleko na koniu, zanim ktokolwiek by pomyślał o pościgu. Może wcale by go nie ścigali – był tu z powodu Aecjusza, nie cesarzowej, a krążyły pogłoski, że cesarzowa nie znosi prywatnej armii Aecjusza. Ale ona na niego czekała.

A teraz Cigur wypowiedział na głos jego własne myśli:

– To dobra noc, książę, i tam, gdzie jestem, są konie… dobre konie. A ja znam drogę. Za dziesięć dni ludzie mogliby powitać powracającego księcia.

Etel zerwał się na nogi.

– Nie tej nocy – uciął.

Cigur też wstał.

– Nie wiem, jak długo Rzymianin tu zostanie – rzekł z niepokojem w głosie. – Może wracać już jutro, a ja będę musiał jechać z nim. To dobra noc, książę – jutro może być za późno.

Etel tupnął nogą.

– Nie tej nocy – powtórzył ochrypłym głosem. – Tej nocy nie mogę wyjechać. Idź już, Cigurze.

Mały Hun westchnął głęboko.

– Jestem psem księcia – powiedział. – Czy pies nie może zostać ze swoim panem?

Etel się zawahał.

– Zostań – rzekł po chwili. – I śpij. – Podniósł czerwone piórko i wyszedł z pokoju.

Było ciemno, ale z dalekiej sali bankietowej dobiegała muzyka. Pomyślał, że musiała wcześnie udać się na spoczynek.

Poruszał się swobodnie. Nie musiał się specjalnie martwić o straże i patrole. Nie wtedy, gdy ktoś wsuwał czerwone piórko do jego pokoju. To oznaczało, że strażników albo nie będzie, albo nie zwrócą na niego uwagi. Ale jego droga była dokładnie taka sama jak za pierwszym razem. W ciągu paru minut dotarł do wielkiej sali audiencyjnej i wszedł do środka. Niemal od razu zauważył, że coś się zmieniło. Lśniące od złota panele w drugim końcu wielkiej sali znikły – a przynajmniej większość. Zamiast nich było coś innego, jakiś wielki, prostokątny przedmiot. Co to było? Nie widział wyraźnie w ciemności.

Nagle potknął się i omal nie upadł. W połowie sali rozciągał się gruby sznur, który dostrzegł dopiero w poświacie księżyca. Czy zagradzał mu drogę do drzwi?

Potem zobaczył przed sobą twarze, w samym środku wielkiego prostokąta. To oczywiście niemożliwe… Zwiódł go po prostu blask księżyca. Ale w tej samej chwili księżyc wyszedł zza chmury, a on ujrzał… swoją własną twarz.

Zachwiał się, cofając. Wiedział – jak każdy Hun – że nie ma nic gorszego niż zobaczenie własnego wizerunku. To oznaczało śmierć przed zmianą fazy księżyca.

Poświata… to na pewno poświata. Pamiętał, że w schowku po lewej stronie są pochodnie – niewolnicy potrzebowali ich czasami, gdy sprzątali o świcie wielką salę. Ruszył w tamtą stronę. Znalazł kilkanaście pochodni zatkniętych w schludnym rządku. Wziął jedną, zapalił przy pomocy małej lampki oliwnej zwisającej z sufitu i wrócił do sali.

Teraz to zobaczył, że wielki prostokątny przedmiot to obraz wypełniającym niemal połowę szerokości sali. Centralną postacią był młody cesarz, Walentynian, w cesarskich szatach, z purpurowym płaszczem spływającym do stóp. Za nim widać było dumną sylwetkę cesarzowej, a obok niej… ją, Honorię, promiennie piękną i tak prawdziwą, że wydawało się, że wyjdzie z obrazu i przemówi. Ale on… dostrzegł wcześniej swoją twarz. Gdzie był? Opuścił nieco pochodnię i zobaczył wiele grup ludzi, tak licznych, że nie mógł ich ogarnąć jednym spojrzeniem. Byli różnie ubrani – jedni w stylu Burgundów, Wizygotów i Franków rypuarskich, inni jak Afrykańczycy, a jeszcze inni w stroje, jakich nigdy wcześniej nie widział. Wszyscy jednak nosili korony lub diademy i wszyscy klęczeli przed młodym cesarzem na złotym tronie. A tam… tam był on, obok niego chan Ruas, a z drugiej strony książę Bleda… też na kolanach, z rękami wzniesionymi w niewolniczym błagalnym geście.

W jednej chwili wszystko zrozumiał: to dlatego ten podobny do myszy malarz namalował jego portret; to dlatego wysłali go do chana, by namalował także portret jego i Bledy, by móc odtworzyć ich wizerunki tutaj, chełpiąc się władzą cesarza nad całym światem…

Rzym był jedynym władcą, wszystkie inne narody jego niewolnikami. To mówił ten obraz.

A Rzym zniewolił wiele narodów – ale nie Hunów. Żaden rzymski cesarz nie pokonał nigdy Hunów w bitwie – nie mówiąc o tym, by ich podbił. Obraz był kłamstwem, fałszem, zdradzieckim, brudnym kłamstwem. A oni zamierzali pokazać, by wszyscy to widzieli, kłamstwo o wielkim chanie i jego następcach płaszczących się w prochu przed rzymską władzą.

Wydał z siebie dziwny cichy dźwięk, chrapliwy i gardłowy jak kaszel. Postacie na obrazie zdawały się migotać i tańczyć w blasku pochodni, którą trzymał w drżącej dłoni. Krew zalewała mu mózg, zaciemniała wzrok, z trudem oddychał. W paroksyzmie furii zamachnął się pochodnią, by rzucić nią w to haniebne malowidło, spalić je, a wraz z nim salę i cały pałac.

Nagle jego ręka osłabła, jakby powstrzymała go wola znajdująca się poza jego wolą. Krew cofnęła się z mózgu. Jeszcze raz podniósł pochodnię i długim, intensywnym spojrzeniem objął obraz, którego nigdy nie miał zapomnieć. Potem się odwrócił, poszedł do schowka i zgasił tam pochodnię. Palce już mu nie drżały.

Wrócił cicho najpierw do sali, a potem do oświetlonego blaskiem korytarza.

W parę minut później Cigur zerwał się na nogi.

– Miałeś rację, Cigurze – rzekł Etel z przerażającym spokojem. – To dobra noc. I dobry moment. Gdzie są twoje konie?

***

– Hej, Juwencjuszu!

– Co się stało, Chlodomerze?

– Jakieś wieści… to znaczy, o tym Hunie?

Młody Rzymianin zmarszczył brwi.

– Nie, żadnych. A dlaczego?

Chlodomer rzucił mu przenikliwe spojrzenie.

– Cóż, minęło już pięć dni od jego zniknięcia, prawda?

– Nie liczyłem. Ale z tego, co wiem, mogli go już złapać. Człowiek nie może się rozpłynąć w powietrzu. Prędzej czy później go dopadną.

Frank uśmiechnął się szeroko.

– Może tak… a może nie – powiedział. – Zakładam, że wysłałeś słowo do garnizonów przy granicy. Jednak mimo tego Hun na koniu może prześcignąć każdego. Czy to prawda, że ukradł konia? Dobrego?

– Ukradł sześć koni – w głosie Juwencjusza brzmiało rozdrażnienie. – Ale nie z naszych stajni, tylko te należące do Aecjusza. Wziął ze sobą innego mężczyznę, też Huna. A pierwsze dwa konie znaleziono martwe przy drodze – dosłownie zajeżdżone na śmierć.

– Na brodę Wodana! – Frank ryknął śmiechem. – A mówiłeś, zdaje się, że nie ma żadnych wieści. Co za historia. Podoba mi się. Nie przepadałem za tym Hunem, ale muszę przyznać, że nie jest zły w działaniu. Może jeszcze o nim usłyszymy, nawet jeśli nie ściągniesz go z powrotem. Nie byłbym zdziwiony.

– Nie masz zamiaru iść za jego przykładem, mam nadzieję. – W głosie Juwencjusza zabrzmiał ostrzegawczy ton.

– Nie bój się. – Frank nie przestawał się śmiać. – Mój ojciec się cieszy, że się mnie pozbył, tak jak większość moich braci w starym kraju. Poza tym, na tym dworze źle nie karmią, a wino jest jeszcze lepsze… nie mówiąc o innych przyjemnościach.

– Czemu więc tak cię interesują szczegóły ucieczki księcia Etela, przyjacielu?

– Och, z czystego zamiłowania do plotek. Właśnie się zastanawiałem…

– Nad czym?

– Och, nic takiego. Ale czy nie sądzisz, że coś się może za tym kryć? Trafił tu przez starego Aecjusza, prawda? A teraz nagle znika z sześcioma końmi Aecjusza. To trochę zabawne, czyż nie? Nie znam się oczywiście na polityce, ale wydaje mi się…

– Ja też się nie znam na polityce – przerwał mu Juwencjusz. – I wydaje mi się, że taka niewiedza jest czasem dobrą rzeczą. Bardziej bezpieczną. Pozostań przy niewiedzy, przyjacielu Chlodomerze.

cdn.

Louis de Wohl

Powyższy tekst jest fragmentem książki Louisa de Wohla Bicz Boży.