Bicz Boży. Rozdział jedenasty

– Chłopiec czy dziewczynka? – zapytała wyczekująco Iris.

Syfaks, dowódca straży, pokazał rząd zębów, których by się nie powstydził lampart. Był wysoki jak na Numidyjczyka, a jego ciemna skóra lśniła jak brąz w południowym słońcu.

– Chcesz wiedzieć, piękna?

– Oczywiście, że chcę wiedzieć – warknęła Iris, uwalniając podbródek z uchwytu smagłych palców. – I skończ już z tymi głupstwami, proszę – mogą nas zobaczyć z pergoli. W tym przeklętym miejscu nawet ściany mają oczy i uszy.

– Wiem – uśmiechnął się Syfaks. – Jestem tu dowódcą.

– Przynajmniej tak ci się wydaje. Ale jest Lizjasz…

– Lizjasz – odparł Syfaks – jest eunuchem. – I splunął.

– Tak, tak, ale eunuchy też potrafią pisać tajne raporty, wiesz. I jest stary Timajos…

– Lizjasz – powtórzył Syfaks – nie może robić tego co ja.

– Zabierz te paluchy… i powiedz mi w końcu, czy to chłopiec czy dziewczynka. Widziałeś Timajosa, wiem, że tak.

– Jeśli ci powiem, czy przyjdziesz znów do mnie w nocy?

– Mogłabym… Tak, przyjdę… Co to jest?

– Obiecałaś! To chłopiec.

– Oczywiście… – rzekła zagadkowo Iris. – Widziałeś go? Jaki jest?

Numidyjczyk wzruszył ramionami okrytymi zbroją.

– Jak wszystkie dzieci – bardzo mały i bardzo głośny.

– Drogi lwie pustyni, złościsz mnie. Widziałeś go z bliska? Jakie ma oczy? Okrągłe i niebieskie czy… czy skośne? Jaką ma skórę?

– Oczy? Nie wiem? Jakby wcale nie miał. Tylko szparki. Skóra… śmieszna. Cała pomarszczona.

– Aha – rzekła czujnie Iris. – Tak myślałam. Jesteś wspaniały, Syfaksie. Czy Timajos coś powiedział?

– Nie sądzę. Nie pamiętam.

– Czy ona… czy Honoria będzie mogła go zobaczyć? I kiedy?

Numidyjczyk roześmiał się.

– Może go widzieć, kiedy chce – jestem żołnierzem, nie niańką. Obudziła się?

– Przed chwilą jeszcze spała. Jest z nią Ildiko.

– Za młoda – orzekł Numidyjczyk, a Iris rzuciła mu drwiące spojrzenie. Tym razem jednak nie opierała się naciskowi smukłego, ciemnego ciała, gdy ją do siebie przyciągnął.

Ildiko widziała to z miejsca, na którym siedziała – u stóp łóżka swojej pani. Pokój wychodził wprost na szeroki taras, na którym stali Iris i Syfaks. Szybko odwróciła głowę i w tej samej chwili usłyszała bezbarwny głos Honorii:

– To Iris, tak? Z kim?… Z Syfaksem?

– Nie… nie wiedziałam, że nie śpisz – wyjąkała Ildiko. – Czy mam wezwać Timajosa? Czy mam…

– Nie… Nic nie rób. Po prostu zostań tam, gdzie jesteś… i spójrz na mnie… jagniątko.

Zmizerowana, woskowa twarz, dziwnie zmieniona, w ogóle nie przypominała twarzy Honorii. Przez wszystkie te miesiące była więźniem w zamku Barioli i więźniem własnego ciała, coraz cięższego, gdy rosło w nim dziecko. Nigdy jednak nie straciła wyrazu radosnego oczekiwania na wielkie rzeczy, które mają nadejść. Teraz zdawało się, że cała ta żywotność ją opuściła, jakby z narodzinami syna jej życie dobiegło naturalnego końca. Wiedziała jednak, co się dzieje na tarasie, nie odwracając głowy, a może nawet nie otwierając oczu. To było straszne. Ale wszystko było straszne w tym okropnym starym zamczysku, w którym mieszkały już prawie pół roku odcięte od zewnętrznego świata, tworząc swój własny, pozornie spokojny i senny, lecz pełen dziwnych strachów i złych przeczuć, nawiedzany przez cienie i upiorny śmiech, wypełniony szczekaniem potężnych molosów, które dowódca gwardii trzymał na dziedzińcu. Może najgorsze ze wszystkiego było uczucie ciągłego nadzoru – bycia śledzonym o każdej godzinie dnia i nocy. Silna osobowość Honorii czyniła to w jakiś sposób znośnym, przynajmniej dla Ildiko. A teraz ona też się poddała.

Ildiko czuła to wszystko, może niezbyt wyraźnie, ale czuła. Podczas tych miesięcy wydoroślała. Widziała przemianę dziewczyny w kobietę i matkę, i cierpienie, i uczestniczyła w tym cierpieniu, jak gdyby dziecko rosło w jej własnym niewinnym łonie. Ani na moment nie odstręczały jej liczne drobne incydenty nieodłącznie związane z tajemnym terytorium stanu błogosławionego – wydawały się jej naturalne, pozostające w harmonii ze światem traw, drzew i zwierząt, który znała i kochała. W wieku dziesięciu lat widziała narodziny cielęcia w oborze swojego ojca w Gergowii – z początku trochę się przestraszyła, ale zapamiętała, co powiedziała jej wtedy matka:

– To zawsze boli, kiedy rodzi się dziecko – i człowieka, i zwierzę – mały ból, a potem wielka radość. I choć ból nie wydaje się taki mały, kiedy się go odczuwa, późniejsza radość jest tak wielka, że nawet jego wspomnienie znika. I to jest tak, jak być powinno. Bo Bóg jest dobry.

A kiedy wkrótce potem urodziła się jej młodsza siostrzyczka i zmarła po godzinie, matka wezwała ją do swojej sypialni. Jej piękna twarz była blada i ściągnięta, z głębokimi cieniami pod oczami, lecz usta się uśmiechały.

– Ildiko, kochanie, chcę się z tobą pożegnać. Widzisz, jesteś już dużą dziewczynką, nauczyłam cię wielu rzeczy i będziesz miała dobre życie. Ale twoja mała siostrzyczka została wezwana przez Boga, by stać się jednym z jego aniołków, a On w swojej wielkiej miłości pozwolił mi, bym poszła z nią i tam się nią opiekowała. Jest taka malutka. Widzisz, jaki On jest dobry.

Potem ją ucałowała i odprawiła ze swojego pokoju. Ostatnią rzeczą, jaką widziała, była twarz ojca, który stał, cały drżąc, przy łóżku, i patrzył na matkę zaczerwienionymi oczami, a na jego dolnej wardze widać było krople krwi. W chwilę później dom wypełniło zawodzenie służby, a ojciec przyszedł i usiadł obok niej w głębokiej i nieprzystępnej ciszy – tak bardzo nieprzystępnej, że nie śmiała dotknąć jego dłoni ani powiedzieć mu tego, co wiedziała: że ten żal jest samolubny, bo matka i siostra będą teraz żyć w niebie. To było takie oczywiste – jak mógł tego nie rozumieć? Ale ojciec miał tyle innych rzeczy do rozumienia, sokoły, konie, zbroje i wojnę – i coś, co nazywali polityką i mówili o tym szeptem, oglądając się przez ramię, i to właśnie sprawiło, że wysłali ją do Rzymu, a stamtąd do Akwilei, by została dwórką cesarzówny. To miało coś wspólnego z polityką, choć ona nie rozumiała dobrze związku między szeptami kilku frankijskich wodzów w Gregowii i wysłaniem jej do Italii przez cesarzową.

Narodziny to mały ból i wielka radość. Jej pani jednak zdawała się wcale nie odczuwać radości. Czy to dlatego, że nie miała z kim jej dzielić? Ildiko zawsze myślała, że ojciec dziecka zjawi się tuż po jego narodzinach – nie znała jego imienia, lecz wiedziała, że jest wielkim księciem i przywódcą swojego narodu… Jej pani powiedziała to pewnego wieczoru, kiedy nie było Iris, a ona obiecała nie mówić tego ani Iris, ani nikomu innemu… To miał być tylko ich sekret. On był księciem i wzięli potajemny ślub, lecz nie mogła zdradzić jego imienia, bo znów chodziło o tę politykę. Któregoś dnia będzie musiała dowiedzieć się więcej o tym dziwnym zjawisku, które sprawiło, że ją wysłano z Gergowii do Italii, a Honorię z Akwilei do zamku Barioli. Iris, oczywiście, próbowała wybadać, ile ona wie, nie wprost – nigdy niczego nie robiła wprost – ale okrężną drogą, a kiedy nie dostała odpowiedzi, parsknęła pogardliwym śmiechem i wyszła z pokoju.

Honoria nie lubiła Iris. Kiedy przyszedł czas narodzin dziecka, odesłała ją do jej pokoju. Został tylko Timajos o surowej twarzy i dwie greckie niewolnice. Wezwała Ildiko, kiedy było już po wszystkim, a Iris nadal nie mogła wejść.

– Ildiko… chcę zobaczyć… dziecko.

Ildiko zerwała się z miejsca, ukłoniła woskowej masce, która wypowiedziała te słowa, i poszła do Timajosa. Znalazła go w jego pokoju razem z tym okropnym małym człowiekiem, Lizjaszem, który poruszał się jak gruba stara kobieta i podobnie mówił. Był zawsze bardzo grzeczny w taki przesłodzony sposób – to oczywiście bardzo źle o niej świadczyło, że go nie znosiła, ale nic nie mogła na to poradzić. Miał gładką, tłustą twarz i gładkie, tłuste ręce i nigdy na nią nie patrzył, kiedy z nią rozmawiał, co, na szczęście, nie zdarzało się często.

Kiedy weszła, mężczyźni przerwali rozmowę i Lizjasz zapytał:

– A czegoż od nas chce nasz aniołek?

Ildiko spojrzała wprost na Timajosa.

– Pani chciałaby zobaczyć dziecko.

– Więc się obudziła – stary człowiek pokiwał z zadowoleniem głową. – To dobrze. Zaniesiesz go jej sama? Elpis, podaj dziecko pani Ildiko… Pokaż jej jak… Dobrze. Tylko go nie upuść, młoda damo.

Wesoła tracka niewolnica zaczęła chichotać, a Ildiko wyszła z pokoju z małym zawiniątkiem, nic więcej nie mówiąc.

– Chociaż to byłoby może najlepsze… w tych okolicznościach – mruknął Lizjasz. Twarz lekarza pozostała jednak nieprzenikniona i eunuch wzruszył tłustymi ramionami. Taka znakomitość, dworski lekarz, wzór prawości i uczciwości. Z tym starym ramolem nic nie dało się zrobić. Niedługo jednak przyjdzie odpowiedź cesarzowej na jego pilną wiadomość, a do tego czasu i tak trzeba czekać. Mogła zmienić zdanie w tę czy inną stronę. Nigdy nie wyrażała swoich życzeń wprost – oczywiście, że nie – ale dobry sługa musi wyczuwać, czego chciałaby jego pani, i on właśnie czuł – choć oczywiście mógł się mylić – że mały wypadek, który przydarzyłby się dziecku, byłby dobrą rzeczą… Gdyby to naprawdę był wypadek… to znaczy, gdyby nie było najmniejszych podejrzeń, że ktoś maczał w tym palce. Była zbyt dobrą chrześcijanką, by to przyznać, nawet sama przed sobą. Ale gdyby tak się stało, odczułaby ulgę, na pewno odczułaby ulgę. To, że przekazała sprawę w ręce starego Timajosa, wiele ułatwiało. Timajos byłby najlepszym możliwym dowodem, że to był tylko wypadek i nic więcej. Timajos był niezbędny.

Cień uśmiechu przemknął przez wychudzoną twarz Honorii, kiedy Ildiko podała jej zawiniątko zwieńczone małą żółtawą główką z paroma kępkami czarnych włosków.

– Brzydki – mruknęła. – Bardzo brzydki – i bardzo silny. – I dodała ze zdumiewającą siłą: – Pochodzi z dachu świata.

A potem niemal natychmiast znów zasnęła.

***

W tydzień później Honoria mogła już siedzieć na swoim ulubionym miejscu na tarasie w cieniu palm.

Szybko dochodziła do siebie. Tylko Ildiko wiedziała, że mimo to nie była dawną sobą. Iris z nią rozmawiała, a ona wyraźnie widziała, że to ją irytuje.

– Jesteś taka dobra w wypytywaniu o różne rzeczy – rzekła nagle Honoria. – Prawda, Iris? Chcę, żebyś się dowiedziała czegoś dla mnie… Siedzę tu przez cały dzień, patrząc na zatokę, ale niewiele stąd widzę, a chciałabym wiedzieć, czy w pobliżu jest jakiś statek… prawdopodobnie birema. Nie będzie mogła wpłynąć do Ariminum, ale rzuci kotwicę niedaleko portu. Dowiedz się tego dla mnie, Iris. Ty najlepiej będziesz wiedziała, jak to zrobić.

W jej słowach była uszczypliwość, a Iris posłuchała z lodowatym uśmiechem. Jej jasnozielona suknia powiewała lekko w chłodnej popołudniowej bryzie.

– Musisz mi znowu dzisiaj pomóc przy rozbieraniu, Ildiko – powiedziała Honoria. – Nie znoszę jej dotyku.

– Ale dlaczego… – Ildiko urwała.

– Ty wiesz dlaczego – ucięła Honoria.

Obie przez chwilę milczały.

Ildiko odważyła się w końcu zapytać:

– Skąd wiedziałaś, kiedy się obudziłaś, że widziałam Iris i…

– Niczego innego nie mogłaś widzieć. Znam twoją śliczną buzię, jagniątko. Nie jestem też w tych sprawach hipokrytką. Skłamałam kilka razy w życiu, ale nie jestem hipokrytką. Okłamałam ciebie, wiesz.

– Mnie? A czemu miałabyś mnie okłamywać?

– Ponieważ jesteś kochanym, niemądrym jagniątkiem. Ponieważ są rzeczy, których nie musisz wiedzieć… choć może teraz byś mogła.

Czekała, lecz Ildiko nie zadawała żadnych pytań. Może dlatego Honoria podjęła opowieść.

– Nie wyszłam za… niego. Okłamałam cię w tej sprawie. Nie chcę jednak, żeby między nami były jakieś kłamstwa. Nie było czasu na ślub. Ani nadziei, że matka się zgodzi. On zniknął w nocy. Nawet nie wie, że… że urodziłam jego dziecko. Może nigdy się nie dowie.

– Ale… gdzie on jest? – wyjąkała Ildiko.

– Myślę, że wrócił do domu, do swojego ludu. A oni są poza zasięgiem rzymskiej armii. Takie słowa to powód do dumy dla narodu. Niewiele jest takich, o których można to powiedzieć. Powiem ci coś, co jest tajemnicą, którą zna tylko on i ja, Ildiko. Powiem ci, bo myślę, że na to zasługujesz. To książę Hunów… Tak, książę Etel. Jest bardzo brzydki, ale jeśli kiedykolwiek spotkałam mężczyznę królewskiej krwi, to właśnie jego. I go kocham. Kocham go.

Wyczerpana, oparła się o poduszki.

– Teraz wiesz, maleńka. Teraz wiesz to, czego nie wie nawet cesarzowa… Czego nawet nie podejrzewa. Zachowaj to w tajemnicy, jeśli chcesz żyć, maleńka.

– Zachowam, ponieważ to twoja tajemnica – odpowiedziała Ildiko. Miała zupełnie białą twarz i drżały jej usta.

– Wiem, że mnie lubisz, jagniątko. Nie wiem dlaczego, ale jestem pewna, że tak. Ale… czy zawsze zna się powód? A czy wiesz, dlaczego nienawidzę Iris – tak, nienawidzę jej, nie znoszę jej widoku. Dlatego, że ona nie kocha… tego człowieka. Nie umie. Dla niej jest tylko pięknym zwierzęciem, czarnym bykiem. Ona jest straszna.

Myśli biegały, tańczyły, wywijały salta w głowie Ildiko. Honorię uniosła wielka fala pływowa, wrzuciła do otchłani i znów uniosła, a matka mówiła jej, że małżeństwo jest rzeczą świętą, sakramentem przed Bogiem, a dziecko jego błogosławieństwem… ale Honoria nie poślubiła swojego księcia, więc skąd wzięło się dziecko, a jeśli było – a przecież było – jak mogło być błogosławieństwem? Miłość zmieniała wszystko, Ildiko o tym wiedziała… ale czy było to prawdą w taki sposób, w jaki widziała to Honoria? Była jednak różnica, wielka różnica – ona wciąż kochała Honorię, a czuła dziwne mdłości, kiedy musiała patrzeć na Iris. To ją przerastało, nie mogła tego zrozumieć. Czuła jednak, że Iris sprawia, przez sam fakt, że jest Iris, iż Honoria wydaje się w jakiś sposób absurdalna i śmieszna, a nawet godna pogardy.

I książę… ten biedny książę, który musiał uciekać do swojego ludu i nawet nie wie, że ma dziecko…

– On kiedyś wróci – powiedziała nagle. – Wróci z wielką armią ludzi, znajdzie cię i poślubi, a dziecko będzie wtedy dla ciebie błogosławieństwem.

Honoria patrzyła na nią zupełnie zaskoczona. Potem zaczęła się śmiać.

– Cudowne! Dokładnie taka baśń, jaka być powinna. Moje biedactwo, nie ma na świecie siły, która mogłaby się przeciwstawić imperium.

– Ale ty sama mówiłaś, że jego lud jest poza zasięgiem rzymskiej armii…

– To prawda. Ale to nie znaczy, że mogliby się odważyć wejść w jej zasięg. Nie, Ildiko, nie sądzę, żebyś była wielką prorokinią. Hunowie są wolni, to prawda. Ale są wolni tylko dlatego, że są biedni – dzikie plemiona na brzegach Dunaju i za nim, żyjące w namiotach i na końskim grzbiecie. Najlepsi jeźdźcy na świecie. Ale…

Urwała nagle. Zbliżała się do nich mała grupka mężczyzn.

– O, wszystkie znakomitości razem! Lizjasz… Timajos… Syfaks – a to oznacza nowiny.

– Bądź pozdrowiona, szlachetnie urodzona pani – eunuch przywitał ją z przymilnym uśmiechem. – Ucieszysz się, słysząc, że twój pobyt w zamku Barioli dobiegł końca – wiem, że nie czułaś się tu szczęśliwa mimo naszych skromnych starań, by ukoić twój… smutek. Birema Attyka nauarcha (1) Rufina przybyła do Ariminum. Jest życzeniem łaskawej wysokości, cesarzowej, byś niezwłocznie wsiadła na statek wraz z twoimi damami.

– Mam popłynąć do Konstantynopola? – zapytała Honoria, a Ildiko i Iris wstrzymały oddech. Ich pani nie rozmawiała z żadną z nich o przyszłości, więc przyjęły jako oczywiste, że nie ma określonych planów.

– Tak, pani.

– Ale to przecież… bardzo długa podróż dla mojego dziecka… ma niewiele ponad tydzień i jeśli…

– Prawdopodobnie – przerwał jej grzecznie Lizjasz – to jest właśnie powód, dla którego dziecko nie będzie mogło popłynąć z tobą.

– Co?

Honoria zerwała się z miejsca. Ildiko już była przy niej, by ją podtrzymać – bo tego potrzebowała.

– Timajosie… ty jesteś człowiekiem. Ty zrozumiesz. To niemożliwe, że matka każe mi zostawić dziecko… Nigdy czegoś takiego nie mówiła. Powiedz, że to nieprawda… Powiedz, że to tylko zwykła złośliwość tego żałosnego czegoś, ani mężczyzny, ani kobiety…

Lizjasz nie zmienił wyrazu twarzy. Stary lekarz odchrząknął.

– Mnie powierzono opiekę medyczną nad dzieckiem, pani. Jej Wysokość cesarzowa zadba o całą resztę.

– Pozwólcie mi zabrać dziecko. – To był bardziej krzyk niż błaganie. Słysząc to, Ildiko zadrżała na całym ciele. Coś głęboko w niej rozumiało to, czego nie mogła pojąć myślą.

Iris wybuchła histerycznym płaczem.

– To niemożliwe, pani – rzekł szorstko Timajos.

Honoria odwróciła się, oczy jej płonęły.

– Nazywają mnie augustą… a odbierają dziecko jak niewolnicy. Słuchaj, Timajosie… i ty, Lizjaszu… i ty, czarny psie… któregoś dnia ja będę rządzić… i wtedy każę was wbić na pal, wszystkich.

Lizjasz zachichotał nerwowo jak stara kobieta, w której obecności uczyniono niestosowną uwagę, a ciemna twarz Syfaksa poszarzała. Timajos powiedział jednak łagodnym głosem:

– Jeśli augusta będzie kiedyś rządzić, ucieszy się, mając za sługi mężczyzn, którzy słuchają rozkazu, nawet jeśli jest dla nich bolesny.

Ręce Honorii opadły bezwładnie.

– Chcę go zobaczyć – wyszeptała. – Chcę się pożegnać z moim dzieckiem.

– Dziecko jest już w drodze do Akwilei – odpowiedział nieco zmieszany Timajos. – Takie były rozkazy cesarzowej.

Honoria wydała głęboki jęk. Nie zemdlała jednak – a nawet wyswobodziła się od podtrzymującej ją Ildiko.

– Cesarzowa ma dobre sługi – powiedziała bezdźwięcznym głosem. Jej twarz przypominała teraz maskę.

– Chcę od razu wejść na statek. Timajosie – pokaż nam drogę.

Starzec ukłonił się głęboko i spełnił jej życzenie.

Kiedy za nim szły, Honoria szepnęła:

– Gdybyś tylko miała rację, Ildiko… Gdybyś miała rację…

– Co masz na myśli, moja najdroższa pani?

– Gdyby on wrócił… z armią…

cdn.

Louis de Wohl

(1) (Z gr.) – naczelnika floty.

Powyższy tekst jest fragmentem książki Louisa de Wohla Bicz Boży.