Bicz Boży. Rozdział dziewiąty

Kiedy Iris zbliżała się pokojów Honorii, by przejąć swoje wieczorne obowiązki, zobaczyła Ildiko i trzy niewolnice czekające pod drzwiami. Już samo to było niezwykłe – do tego ich twarze były blade i napięte i Iris zrozumiała z nieprzyjemną pewnością, co się stało.

– Co tu robicie? – rzuciła. – Czy coś się stało?

– Nic nie mogłyśmy zrobić, Iris – szepnęła Ildiko.

– Znowu zemdlała i kiedy przyszedł lekarz, kazał nam wyjść z pokoju.

Iris przełknęła ślinę i niemal krzyknęła, drżąc z gniewu i strachu:

– Czy wam nie mówiłam, żebyście wezwały tylko mnie i nikogo innego, kiedy coś jej się stanie? Kto za to odpowiada?

– Ja – odrzekła Ildiko z zaskakującą stanowczością. – Ona jest chora, Iris, naprawdę chora i nieważne co powiesz, potrzebuje pomocy i tylko lekarz może się nią zająć… tylko najlepszy lekarz. Kazałam więc Symmachowi, by go przyprowadził.

– Ty głupi dzieciaku – syknęła Iris. – Sprowadzisz śmierć na nas wszystkich…

Wpadła do pokoju. Lekarz pochylał się nad łóżkiem – nie wiedziała, czy Honoria odzyskała przytomność czy nie, ale rozpoznała jego szatę. To był Timajos.

Zgasła ostatnia nadzieja – że tego człowieka da się przekupić. Ze zwykłym lekarzem mogło się udać. Nikt by jednak nie przekupił Timajosa, który był lekarzem dworu od piętnastu lat, znacznie bogatszym od niej. Miał tylko jeden cel w życiu: zachować swoje stanowisko, co oznaczało dużą posiadłość, wille i domy w kilkunastu miastach oraz pensję wyższą niż pobierała większość pałacowych urzędników.

Teraz Timajos zakończył badanie. Poprawił pościel i poduszki i odwrócił się.

Iris otworzyła usta, by przemówić, lecz nie wydobyła z siebie słowa.

Ona oczywiście wie, pomyślał doświadczony stary człowiek. Ukłonił się jej, bardzo lekko, i wyszedł.

Iris zobaczyła kątem oka Ildiko próbującą zadawać pytania i Timajosa odprawiającego ją nieznacznym, lecz stanowczym gestem. Potem zamknęły się za nim drzwi, a ona wydała z siebie długie westchnienie pomieszane z łkaniem. Umilkła, gdy się odwróciła i zobaczyła Honorię siedzącą na łóżku i wpatrującą się w nią z nienaturalnym bladym uśmiechem.

– Och, pani – wyjąkała Iris. – Timajos cię widział. To nie moja wina. Nie było mnie tutaj, by temu zapobiec. To głupie dziecko, Ildiko… Och, co teraz z nami wszystkimi będzie…

Teraz już otwarcie płakała.

– Uspokój się – warknęła Honoria. – Nie znoszę ludzi zawodzących w mojej obecności. Wezwij ją, chcę z nią porozmawiać.

– Ale… Co my zrobimy… Ja…

– Rób, co ci każę.

Iris posłuchała. W chwilę później weszła Ildiko.

Honoria zmierzyła ją badawczym spojrzeniem. Boi się, ale nadal uważa, że postąpiła słusznie, pomyślała. Głośno zaś powiedziała:

– Iris mówiła ci, że nie chcę, by wzywano lekarza, jeśli zemdleję, prawda? I powiedziała, że takie są moje rozkazy? Dobrze. Nie posłuchałaś więc moich rozkazów. Wiem, że wydawało ci się, że ich nie słuchasz dla mojego dobra. Ale czy nie sądzisz, że ja lepiej potrafię ocenić, co jest dla mnie dobre a co nie?

Ildiko zwiesiła głowę.

– Ty… mnie nie wypędzisz, prawda?

Honoria blado się uśmiechnęła. To dziecko naprawdę ją kochało.

– Nie, jagniątko. Jeśli ktoś zostanie wypędzony, to nie ty. Teraz posłuchaj: może niedługo ludzie będą próbowali mówić ci różne rzeczy o mnie. Obiecaj, że nie będziesz ich słuchać, a gdybyś miała jakieś wątpliwości, przyjdź z nimi prosto do mnie i zapytaj.

– Obiecuję – rzekła z powagą Ildiko. – Bardzo, bardzo przepraszam, ale się wystraszyłam i…

– Dobrze, maleńka. Teraz już uciekaj.

Gdy za dziewczynką zamknęły się drzwi, powiedziała:

– Cóż, szerszenie w gnieździe już bzyczą, Iris. Nie martw się błędem Ildiko. To musiało się stać prędzej czy później, więc czemu nie teraz? To raczej ja niemądrze się zachowałam, próbując zyskać kilka dni… kilka tygodni. Prawie się cieszę, że wezwała Timajosa. Nie mogą mi zrobić nic gorszego niż mnie zabić – a nie sądzę, że tak się stanie. Teraz już idź i zostaw mnie samą. To nie potrwa długo…

Drzwi znów się zamknęły.

Nie, to nie potrwa długo. I dobrze. Popełniła błąd i zapłaci za niego. Cokolwiek powiedziałby biskup Nicetas, to jest świat, w którym za wszystko trzeba płacić. Po raz tysięczny zadała sobie pytanie: co on by pomyślał, gdyby wiedział? Tyle razy odpowiadała na nie sama sobie. Wiedziała, a przynajmniej podejrzewała, co się stało, na długo przed jego zniknięciem, rozważała nawet pomysł, czy mu nie powiedzieć. Nie potrafiła się jednak przemóc… przemóc strachu? Z nim nigdy nic nie było wiadomo. A potem znikł, bez śladu i bez słowa. Wiedziała, że tu był, kiedy wróciła z Rawenny. To tamtej nocy uciekł. Dlaczego? To pytanie też zadawała sobie wiele razy. Jeśli powód był polityczny, czemu nie zostawił dla niej wiadomości? Teraz może nigdy się nie dowie… Najprawdopodobniej nigdy się nie dowie…

Drzwi znów się otworzyły i do środka wpadła Iris.

– Jej Wysokość cesarzowa – wydyszała, z trudem łapiąc oddech.

Placydia już była w pokoju. Nie zaszczyciła Iris nawet słowem, wykonała tylko ruch dłonią i dziewczyna uciekła jak zbity pies.

– Tak, matko – rzekła Honoria, znów z nienaturalnym uśmiechem. – To prawda.

Cesarzowa zbladła śmiertelnie. Milczała.

– Krzycz na mnie, matko – ciągnęła Honoria. – Wrzeszcz na mnie. Wyzywaj. Bo raz stało się coś, czego nie możesz zmienić. Bo raz jesteś bezsilna. Czy to dla ciebie trudne do zniesienia, matko?

Placydia zmusiła się, by przemówić spokojnie.

– Kto to był?

Honoria parsknęła śmiechem.

– Nigdy się nie dowiesz, matko. Nie w tym życiu. Choćbyś mnie wydała na tortury. Myślałam o tym, wiesz. Mówią, że torturowany zawsze w końcu zaczyna mówić. Dobrze, więc będę mówić. Ale kłamstwa. A kiedy odkryjesz, że kłamałam, i każesz mnie znów torturować, ja znowu skłamię… i jeszcze raz… i jeszcze…

– Nie rób przedstawienia – ucięła Placydia. – Nikt nie będzie cię torturował. Jeśli zechcę poznać prawdę, każę przesłuchać twoje dziewczęta. One będą mówić.

– Zrób tak – Honoria zacisnęła zęby. – One też skłamią. Nie znają prawdy.

– Musisz się bardzo wstydzić swojego kochanka, moja droga – rzekła uszczypliwie cesarzowa.

Honoria jednak znów się uśmiechnęła.

– Ten sposób też nic nie da, matko.

Placydia odwróciła głowę. Nie mogę, pomyślała. Nie mogę na nią patrzeć. Na moje własne dziecko. Jej głos brzmiał jak u starej kobiety, kiedy powiedziała:

– Ale dlaczego… dlaczego się tak poniżyłaś?

Honoria poderwała się na łóżku.

– Dlaczego, matko? Jestem augustą Honorią, prawda? Ty mnie nią uczyniłaś, choć oficjalny dokument został podpisany w imieniu tak zwanego cesarza, mojego małego kochanego braciszka, który spędza czas, bawiąc się z przyjaciółmi i malując swoją ładną buzię. Ty uczyniłaś mnie augustą, a to oznacza, że w całym twoim przeklętym imperium nie ma ani jednego mężczyzny, który mogłabym poślubić, gdybym chciała. A taki był właśnie twój cel, prawda? Jestem poza zasięgiem – co oznacza, że mój mąż nie zagrozi tobie i twoim rządom. Byłam pionkiem w twojej grze, tylko tyle. Ale tak się składa, że jestem kobietą i chcę żyć. Nie chcę być mniszką w cesarskich szatach. Chcę żyć. Jeśli wolisz myśleć, że wybrałam kochanka z niższej sfery – proszę bardzo. To ty sprawiłaś, że każdy będzie niżej ode mnie.

– Moje dziecko, skąd mogłam wiedzieć, że tak źle osądzisz to, co zrobiłam. Widzisz tylko jedną stronę sprawy. Dlaczego nie przyszłaś do mnie, by porozmawiać – w końcu jestem twoją matką.

– Jesteś zbyt zajęta byciem cesarzową – odparła z goryczą Honoria. – I nigdy mnie nie kochałaś.

– Dziecko! Kogo miałabym kochać, jeśli nie ciebie i Walentyniana!

– Władzę, matko. Zrobiłaś z Walentyniana płaczliwą małą dziewczynkę – przywykł, by z wszystkim do ciebie przychodzić. Jesteś jego bóstwem. A ja… cóż, jestem dziewczyną, więc uczyniłaś mnie augustą, bym nigdy nie zagroziła tobie i mojemu bratu, twojej marionetce. To wszystko jest bardzo proste. Czemu tak cię dziwi, że to rozumiem?

– Nienawidzisz mnie – rzekła bezdźwięcznym głosem Placydia.

– Nie, matko, nie czuję do ciebie nienawiści… nawet do ciebie – padła znużona odpowiedź. – Jesteśmy sobie obce, to wszystko.

– Mogłaś porozmawiać z biskupem Nicetasem…

– Pogłaskałby mnie po policzku i powiedział, żebym była grzeczną dziewczynką i czekała cierpliwie na to, co przygotował dla mnie Bóg. Jest starcem. Umie być cierpliwy. Ja jestem młoda i chcę żyć. Nie było sensu iść do niego ani do ciebie. Cóż, nawet teraz, kiedy już wiesz, nie zadałaś mi tego jedynego ważnego pytania, jedynego, które właściwie ma jakieś znaczenie: czy ja go kocham. Po prostu założyłaś, że się poniżyłam.

Placydia odzyskała już panowanie nad sobą.

– Nie wierzę w twoją miłość. Gdyby była prawdziwa, byłabyś dumna ze swojego kochanka zamiast się wstydzić wymówić jego imię. I nie wierzę w jego miłość do ciebie: gdyby cię kochał, to by cię szanował. Miałaś romans, jak pierwsza lepsza mała dziwka. Słuchając ciebie, można by pomyśleć, że to ja cię poniżyłam, dając ci najwyższy tytuł w cesarstwie. Mówisz, że jesteśmy sobie obce. Ale dlaczego? Ponieważ ty nie zważasz na powinności wynikające z twojej pozycji. Są inne niż powinności zwyczajnej kobiety i choćbyś bardzo chciała żyć jak one, nie możesz. Robię, co w mojej mocy, by Bóg dał mi utrzymać imperium. Jak mogę wymagać od żołnierzy i urzędników, by się dla niego poświęcali, jeśli moja własna rodzina nie chce? Jesteśmy tu, by przewodzić i dawać przykład. A jaki przykład ty dałaś?

Nastąpiła posępna cisza. Cesarzowa westchnęła i odwróciła się. Honoria siedziała na łóżku i wpatrywała się w nią chłodnym, obojętnym wzrokiem.

– Po raz ostatni, Honorio: kim był twój kochanek?

Nie dostała odpowiedzi.

– Czy to był Eugeniusz?

Teraz jej córka się roześmiała.

– To był mężczyzna – odrzekła. – I to wszystko, co ci mam do powiedzenia.

– Dobrze – powiedziała Placydia. Z jej pięknej twarzy o regularnych rysach znikły wszelkie emocje, a głos miała jak marmur. – Za godzinę wyjedziesz z Akwilei do Ariminum. Twoje kobiety pojadą z tobą. Do czasu wyjazdu żadna z was nie będzie mogła się z nikim kontaktować. Pojedziesz w jednej z moich lektyk, pod eskortą. Zatrzymasz się w zamku Barioli, gdzie będzie miejsce twojego odosobnienia. Wyślę Timajosa, by się tobą opiekował. Nie będzie innych gości.

Honoria pomyślała przez chwilę, by się wstawić za Ildiko. Była jeszcze dzieckiem i nie wiedziała dobrze, co się stało, jeżeli Iris jej nie powiedziała w ostatnich minutach. Nie mogła się jednak zmusić, by prosić o cokolwiek. Poza tym nikt by jej nie uwierzył. A Ildiko była jedyną istotą, która ją kochała. Milczała.

A Placydia bezlitośnie mówiła dalej.

– Kiedy dziecko się urodzi, będziesz musiała opuścić zamek Barioli. Będziesz też musiała opuścić cesarstwo. Każe cię wysłać statkiem do Bizancjum, gdzie zajmie się tobą pobożna siostra mojego cesarskiego brata Teodozjusza. Nie chciałaś żyć jak mniszka w cesarskich szatach. Dobrze – w przyszłości nie będziesz nosić cesarskich szat. Utraciłaś je.

– Dziękuję… matko – odrzekła lodowatym głosem Honoria.

Cesarzowa wyszła z pokoju, nie mówiąc już ani słowa.

cdn.

Louis de Wohl

Powyższy tekst jest fragmentem książki Louisa de Wohla Bicz Boży.