Rozdział siódmy. Ballada o jeleniach świętej Atrakty

Córeczkę śliczną, jasnowłosą
Miał książę w swej Atrakcie;
Na długie fale złotych loków
Aż cudnie było patrzeć.

A pośród złota tej kaskady
Twarzyczka jej różana
Piękniała jak szlachetne kwiaty
Zwilżone rosą z rana.

Lecz dworu swego nie kochała,
Bliższa jej była puszcza.
Tam włosy w warkocz jej splatała
Jedyna, wierna służka.

U posrebrzanych wód jeziora
W chałupce z mchów i kory
Mijała im wiosenna pora
I ciemny czas zimowy.

I kto w pielgrzymce był, w podróży,
Zdrożony i zgłodniały,
Z pobliskich skręcić mógł rozdroży
W ich chatce spocząć śmiało.

A gdy z jeziora przywieźć wodę
Lub orać trzeba było,
Dwa konie – zbędne, bo niemłode –
Służyły im swą siłą.

Te piękne, o błyszczących oczach,
Szlachetnej krwi rumaki
Szły niegdyś w boje równo, rączo
I w turniejowe szranki.

Lecz choć turniejów blask przeminął,
Czas zwycięstw i wojenek,
Starości czas im miło płynął
Na służbie u panienek.

A w wielkim lesie za przyjaciół
Jelenie dumne miały.
Braćmi im byli ci rogacze,
Wcale się ich nie bały.

W tym to zaciszu długie lata
Panienki żyły skromnie.
Nie znając burzliwego świata,
Łez jego, nieszczęść, wojen.

Lecz państwa w waśniach utonęły,
Więc władcy dla obrony
Przed wroga mieczem wznosić jęli
Zamczyska i bastiony.

W krainie całej obwieszczano
Królewski akt surowy:
„Poddani niech na rozkaz staną,
Potrzebny zamek nowy!

Każdy swój udział w dziele moim,
Niewiastą jest czy mężem,
Mieć musi z mej królewskiej woli.
Niech się leniwy strzeże!”

Atrakta władcy odpisała:
„Słabiutkie z nas panienki!
Mój Panie, zwolnij nas z zadania,
To dla nas trud zbyt wielki!”

Król odpowiedział pismem hardym:
„Do pracy, dwie dziewice!”
Okrutnym władcą był i twardym,
Surowe miał oblicze.

Samotna, słaba, lecz posłuszna
Królewskiej srogiej woli
Ruszyła panna ze swą służką
Drwa rąbać w wielkim znoju.

Niełatwo było słabą ręką
Uchwycić topór tępy.
Z bólem ścinały i udręką
Orzechy, buki, dęby.

Tak pracowały bez wytchnienia
Aż ich skrwawione dłonie
Pociętym napełniły drzewem
Wóz zaprzężony w konie.

Gdy jednak przyszło ciągnąć brzemię,
Atrakcie łzy zalśniły.
Wóz stał, niczym wrośnięty w ziemię,
Ponad koników siły.

Atrakta zawołała z żalem:
– Czy więc i wasz, staruszki,
Trud ciężki musi być udziałem
W królewskiej dumie pustej?

Jak z doli ciężkiej was wybawię,
Służących moich miłych?
Malutkie moje rączki krwawią
Od pracy ponad siły.

A służka na to: – Pani! Widzisz,
To tylko dwie szkapiny.
Pomyśl, jak króla by zawstydził
Zaprząg z leśnej zwierzyny!

– Słusznie – Atrakta się uśmiecha. –
Jelenie, do mnie! – krzyczy.
I patrzcie! Nim ucichło echo,
Już tętent kopyt huczy.

– Jelenie, do mnie! – głosem srebrnym
Poniosło się wezwanie
I wnet rogatych królów wiernych
Tłumek był na polanie.

Tuzin zdyszanych zwierząt przybiegł
Przez mchy, paprocie, chaszcze;
I dumne swe kolana ugiął
Przed ciężkim drzewnym jaszczem.

W zaprzęgu końskim uwiązane
Starały się jelenie
Słuchać rozkazów swojej pani
I spełnić jej życzenie.

Lecz biada! Przykra rzecz się stała,
Nim z lasu wyjechali:
Pękł stary łańcuch pordzewiały
Pod masą drzewnych bali.

Nie znało wszak Atrakty serce
Słabości ni rozpaczy
Swe włosy uwolniła wprędce
Z grubiutkich dwóch warkoczy.

Jej cudne loki były wolne,
Wiatr leśny je rozwiewał;
Zalśniły niczym światła promień,
Co błyska poprzez drzewa.

Wyjęła z gęstej złotej sieci
Niteczek pęk jedwabnych
I tam, gdzie łańcuch się rozleciał
Zrobiła węzły zgrabne.

Ogniwa stare, pordzewiałe
Związała w sprytny sposób
I znów jelenie wóz ciągnęły
Na złotym sznurze z włosów.

I patrzcie! Wytrzymały wodze!
I patrzcie! Za swą panią
Ruszyły dwa rumaki płowe,
Z miłością i oddaniem.

Do Króla niosły ten podarek
By skruchą oraz wstydem
Napełnić jego serce twarde;
A służka poszła przodem.

I gdy te cuda król zobaczył,
Pobladł i schylił głowę.
– Jej moc więcej niż prawo znaczy –
Rozpoczął swoją mowę. –

Silniejszym królem ten, kto włada
Jeleniem jak niewolnikiem;
W zasadzkę złotych włosów wpada
Nawet me serce dzikie.

Jej niepotrzebne zamki srogie,
Wieżyce, fosy, kraty,
Skoro przy chatce swej ubogiej
Przyjaciół ma rogatych.

I nie zagubi się, nie zginie,
Tak świetne mając straże.
Królową w leśnej swej krainie
Wam wszystkim zwać ją każę.

Nie będzie odtąd mą poddaną
I mego tronu sługą
Tam będzie swoją własną panią,
Gdzie blask jej włosów sięga.

I tak na siedmiu dróg rozstajach
Stał świętej panny domek,
Dla wszystkich, co przybyli z dala –
schronienie wymodlone.

W krainie tej spokoju pełnej
Lat pięknych żyły wiele
Koniki i jelenie wierne –
Atrakty przyjaciele.

Abbie Farwell Brown

Powyższy tekst jest fragmentem książki Abbie Farwell Brown Święci przyjaciele zwierząt. Fascynujące opowieści o świętych.